Blickfang Ultra 35

Blickfang Ultra to popularny w Niemczech magazyn dla kibiców ultras. W 35 numerze pojawił się w nim tekst, opisujący nasz piękny Górny Śląsk, którego tłem był mecz derbowy GKS Katowice – GKS Tychy, w rundzie jesiennej sezonu 2014/2015. Znajduje się w nim kilka moich zdjęć (zaczerpniętych przez autora- Mirko Otto- właśnie z niniejszej strony). Postanowiłem przetłumaczyć ten artykuł na język polski. Nie było to zajęcie łatwe, gdyż oryginalny tekst pisany jest niemieckim slangiem ulicznym, z wyrażeniami niedostępnymi w żadnym słowniku. W niemieckim języku preferuje się zasadę- im dłuższe zdanie- tym lepiej, co nie ułatwiało mi pracy z tłumaczeniem. Dlatego też niektóre zdania mogą brzmieć dziwacznie. Cały artykuł składa się z 10 stron.


STRONA 1:

Strona 1

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 2:

Strona 2

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 3:

Strona 3

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 4:

Strona 4

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 5:

Strona 5

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 6:

Strona 6

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 7:

Strona 7

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 8:

Strona 8

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 9:

Strona 9

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

STRONA 10:

Strona 10

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)


TEKST JEDNOLITY:

Między transformacją ustrojową, a ustawkami kibolskimi – objazd po Polskim Okręgu Węglowym (Górnym Śląsku)

 

STRONA 1:

Katowice i Tychy. Dwa miasta i ich kluby piłkarskie, które wywołują zainteresowanie nawet u słabo zorientowanych kibiców. Nazwę Katowice większość z Was na pewno już kiedyś słyszała poprzez dobrze postrzeganą, acz krótkotrwałą współpracę kibicowską z Dynamem Drezno w okolicach 2004 roku. Różnorakie mecze w Katowicach (z charakterystyczną trybuną o nazwie „Blaszok”) w ostatnich 20 sezonach zapewniały dużą dawkę emocji- zarówno na trybunach, jak i poza stadionem. Również Tychy są ekipą godną zwrócenia uwagi. To wystarczające powody, aby zainteresować się meczami między tymi ekipami u naszych wschodnich sąsiadów. Zacznijmy jednak od początku…

Nudne popołudnie. Sugestia jednego z ziomków pojechania na mecz do Polski została początkowo wyśmiana. Pomyślałem: „Polska? Tam warto było pojechać 15 lat temu, obecnie jest tam już jeden wielki piknik”. Proszę o wybaczenie mojej arogancji, gdyż ciągle przed oczami mam sytuację, którą miałem przyjemność obserwować osobiście- czyli zakręconą polską scenę w jej złotym okresie (1997-2000). Widziałem armatki wodne krążące po stadionach, gliniarzy z bronią gładkolufową, mierzących w tłum z odległości 15 metrów oraz chuliganów, obrzucających pociągi (z ekipą rywali) Koktajlami Mołotowa. Bywałem na spokojnych meczach domowych, ale również na „pełnych wrażeń” wyjazdach. Tak czy owak- zawsze była kibicowska uczta. Jeżeli zdarzyło się, że na stadionie nikt nie rzucał wyrwanymi krzesełkami w rozjuszonych gliniarzy- nadrabiano zaległości w knajpach i na osiedlowych ulicach. W 1998 roku w Niemczech ruch kibolski był marny. W tym samym czasie polskie ekipy potrafiły zbierać się w ponad 2.000 chłopa. Były to dla mnie rarytasy dla zmysłów- przekonkretny doping, przemarsze przez miasta (wyglądające z daleka jak ocean szali), dobre pokazy ultras, nie wspominając już o oflagowaniu na płotach. Niestety- u naszych sąsiadów czas w miejscu nie stanął i sytuacja zaczęła przypominać niemiecką. Polskie społeczeństwo zaczęło się bogacić i odczuło „postęp cywilizacyjny”, co przełożyło się negatywnie na liczebność „nieprzypadkowych ekip” na zbiórkach przedmeczowych. Po upadku „żelaznej kurtyny” w Polsce zapanowała dzika transformacja ustrojowa, co zaowocowało powstaniem unikalnej kultury kibolskiej, z mocnym naciskiem na chuligankę. W związku z tym- mniej więcej do 2003 roku (do awantury na meczu Ruch-ŁKS: przyp.tłum.) można było w Polsce „wyszumieć się” do woli, bez większych konsekwencji. Po tym okresie rząd w Warszawie zaczął zwalczać „kibolstwo” na wszystkie możliwe sposoby, jednakże do dnia dzisiejszego nie poradzono sobie do końca z tym zjawiskiem (przynajmniej jeśli chodzi tereny poza stadionem, bo na samych stadionach jest już względny spokój). Nastąpił też pewien rodzaju „rozłam” na fanów (pikników) i chuliganów, lecz jest on utrzymywany w tajemnicy (przed służbami mundurowymi), a chuligani na meczach mieszają się z Januszami. Oczywiście na akcjach pozastadionowych chuligani są bardziej widoczni, lecz nie jest już to samo, co wcześniej. Ruchowi kibicowskiemu w Polsce nie pomaga fakt, że 2 miliony młodych Polaków (według oficjalnych danych, bo rzeczywista liczba jest dużo większa) w ostatnich latach wyemigrowało za granicę (najwięcej z nich do Wielkiej Brytanii). 22-letnia Kasia, która studiowała na Uniwersytecie Warszawskim mówiła „pamiętam skąd pochodzę”, mieszka ona jednak z narzeczonym w hrabstwie Yorkshire. Planowali oni odłożyć trochę pieniędzy i powrócić do Polski, jednak szybko ten cel został brutalnie zweryfikowany przez życie. Podjęli decyzję o pozostaniu na Wyspach na stałe, dodatkowo ściągnęli tam resztę rodziny. Podobne historie w Polsce są na porządku dziennym, a liczne tego przykłady występują w niemal każdej polskiej rodzinie. Nagle z mojego błogiego snu o przeszłości polskiej sceny kibolskiej wyrwał mnie głos ziomka „No to co, jedziemy do tej Polski?”. Kości zostały rzucone. Los jest dla nas łaskawy- wkrótce ma być ważny kibicowsko mecz GKS Katowice-GKS Tychy, a być może zahaczymy jeszcze o 2 mecze w niższych ligach. Brzmi smakowicie.

Kibice gości (GKS Tychy) tak samo mocno jak my- mocno mobilizowali się na ten mecz, choć z góry wiadomo było, że wejdzie ich tylko 400, czyli śmiesznie niska liczba. Za dawnych lat było zupełnie inaczej- rozciągająca się za bramką Trybuna Południowa mogła pomieścić aż 3.000 osób, niestety została ona rozebrana, a jej „następczyni” to jakiś ponury żart. Miało to być rozwiązanie tymczasowe, gdyż w Katowicach w planach jest budowa od podstaw nowego stadionu. Niestety- typowe dla Polski jest powiedzenie „prowizorki są najtrwalsze”, więc tymczasowa trybuna na dobre wrosła w krajobraz stadionu na Bukowej, a konkretów w sprawie nowego stadionu brak (cała sytuacja zasługuje na osobny tekst).
Wracając jeszcze do historii- mecz między tymi drużynami w 2005 roku był jednym z najlepszych w moim życiu. 1.200 kibiców gości, setki rac po obu stronach, armatki wodne, wjazd kiboli na murawę, poprzewracane barierki jak po przejściu huraganu… Ogólnie- Katowice są miastem, które zawsze gwarantowało duże atrakcje, więc nie dziwi fakt, że będę tam już po raz 15, pomimo że nie kibicuję GKS-owi ani nie mam większych kontaktów z ich sceną kibicowską.

STRONA 2:

Zaledwie tydzień później Górny Śląsk staje przed nami otworem. Deszczowa pogoda sprawia, że szare elewacje domów stają się jeszcze smutniejsze. Czy ktokolwiek widział tu kiedyś słońce? Autostrada A4, która biegnie z Niemiec do Polski trochę przynudza, omijając bokiem wszystkie większe miasta. Ekscytująco robi się dopiero przy wjeździe do Gliwic. Tutaj rezyduje klub z ekstraklasy- Piast, który jednak nie ma łatwego życia nawet we własnym mieście, gdyż Gliwice od wschodu graniczą z Zabrzem. Obszary te (wschodnie okolice autostrady na terenie Gliwic– przyp.tłum.) w większości należą do Torcidy Górnik. Chwilę potem zaczyna się Ruda Śląska, ciekawe 140-tysięczne miasto o specyficznej zabudowie (wyraźnie zarysowanym układzie dzielnicowym – przyp.tłum.). W Rudzie Śląskiej nie ma żadnego liczącego się klubu piłkarskiego. Czyli jest to miasto nieważne na mapie kibicowskiej? Wręcz przeciwnie! Tutaj dosłownie szaleje wojna między Górnikiem Zabrze, a Ruchem Chorzów. Oba kluby mają tutaj własne dzielnice i nikt nie jest w stanie zmierzyć procentowego „układu sił”. 40-60, 50-50, a może 60-40? Na ten temat zdania są mocno podzielone… Gdybyśmy skręcili na północ- dojechalibyśmy do Bytomia, który jest niemal wyłącznym terenem Polonii, z małymi wyjątkami (Zabrze i Ruch w peryferyjnych dzielnicach). Pozostajemy jednak dalej na ścieżce (A4), gdzie wkrótce pojawia się napis „Chorzów-Batory”. Tutaj gospodarz jest tylko jeden. Ruch! Jednak po chwili w zasięgu naszego wzroku jest już nasz dzisiejszy cel- Katowice. Tutaj rządzi tylko GKS! No niezupełnie…

Liczące 300.000 mieszkańców, największe i najważniejsze miasto Górnego Śląska wykazuje znacznie większą specyficzność, niż można by przypuszczać. Ten, kto chce zrozumieć, dlaczego część miasta, dzielnica, a nieraz tylko jedna ulica- znajduje się w rękach jednego klubu, a parę metrów dalej rządzi już zupełnie inna grupa- ten musi zrozumieć skomplikowaną, polską scenę. Trudno to opisać i wyjaśnić w kilku słowach, ale spróbuję. Zacznę od tego, że polskie społeczeństwo często zakorzenione jest w swoim miejscu urodzenia. Jeszcze do niedawna w Polsce istniał duży niedobór mieszkań, a system czynszowy dopiero od kilkunastu lat przypomina model niemiecki (mieszkania własnościowe, deweloperzy prywatni, rynek wynajmu, rynek wtórny, ‚społeczeństwo mobilne’ itd – przyp.tłum.). Wcześniej mieszkania w Polsce były dziedziczone przez całe pokolenia (potencjalna wyprowadzka oznaczała zawłaszczenie pustostanu przez państwo – przyp.tłum.). W związku z powyższym- rzadkie były przeprowadzki i najczęściej ludzie spędzali całe życie w jednym miejscu. Drugi ważny czynnik to spędzanie większości czasu wolnego „na placu”. Tak zresztą kiedyś było wszędzie, a starsi czytelnicy z pewnością to pamiętają- po lekcjach tornister leciał w kąt i biegało się po ulicach aż do samego zmroku. Sprzyjało to tworzeniu się i scalaniu dużych ekip na poszczególnych osiedlach, zwłaszcza w miastach, gdzie istniały popularne kluby piłkarskie. Twój ojciec nigdy nie zabrał Cię na mecz i nigdy nawet nie widziałeś stadionu od wewnątrz? Nic nie szkodzi, wszak znasz kilku ludzi z kamienicy czy osiedla, którzy chodzą na Ruch. Możesz więc zawsze zabrać się na mecz z nimi. Później ze względu na wszędobylskie napisy na murach nazwa ta coraz bardziej wchodzi Ci w głowę. Twoje osiedle jest niebieskie, bo każdy tutaj jest niebieski. W ten sposób rodziła się dożywotnia miłość do klubów. Co jakiś czas jakiś motłoch z sąsiedniego osiedla wkraczał na wasz teren, przepędzając paru dobrych znajomych i kradnąc im szaliki. Logiczne wtedy jest po której stronie stoisz i po której stronie jutro wieczorem weźmiesz udział w zemście.

STRONA 3:

Sytuacja ta trwała całymi latami, co prowadziło do wzrostu identyfikacji młodzieży z klubami piłkarskimi. Nawet siedmiolatek wie: na naszej ulicy chłopaki idą za Ruchem, reszta osiedla też, więc ja również jestem za Ruchem. To w Polsce normalne myślenie, jakże odmienne od naszych (niemieckich- przyp.tłum.) warunków. Jak więc wytłumaczyć sytuację „przejmowania” ulic i osiedli przez rywalizujący klub? Jak to jest, że rywal zawłaszczył starą dzielnicę Ruchu? Ten fenomen można wytłumaczyć tylko przez upływający czas i związane z nim zjawiska. Jedno z nich to relacje wewnątrz społeczeństwa. W Niemczech osoba, która w wieku 25 lat jest już w związku małżeńskim odbierana jest dziwnie, podczas gdy w Polsce sytuacja jest odwrotna. Tam życie rodzinne spełnia ważną rolę, co pociąga za sobą szereg obowiązków. W związku z tym wielu „dobrych chłopaków” nagle ma dużo mniej czasu i pieniędzy na działalność kibicowską (kosztem działań rodzinnych), przez co przestają interesować się kibicowaniem. Kolejna sprawa to niewielki przyrost młodzieży, która mogłaby „pociągnąć wózek”, gdyż ogólnie dzieci rodzi się mało, a dodatkowo spora część wyjeżdża pracować do Anglii. Inny czynnik, sprzyjający przejmowaniu dzielnic to niska forma sportowa danego klubu- kto chociaż raz był w Polsce na meczu 2 lub 3 ligi ten wie, że jest to poziom naszej ‚Ligi Landów’ (czyli tragiczny- przyp.tłum.). Na domiar złego największy rywal w tym samym czasie rozgrywa „sezon życia”. Wskutek powyższych czynników na danym osiedlu pojawia się grono młodych osób, które dotychczas nie miały styczności z piłką i zaczynają nieśmiało kibicować (drużynie na tym osiedlu dotychczas znienawidzonej- przyp.tłum.). Najpierw w konspiracji i bez rozgłosu, później coraz bardziej ofensywnie. Proces ten trwa całymi latami. W efekcie stare, niebieskie graffiti „Tylko KS Ruch” blaknie i niszczeje, aż pewnego poranka w jego miejscu pojawia się tłusty napis „GKS Katowice”, okraszony stojącymi na głowie „eRkami”.

Tyle o teorii, tożsamej często z praktyką, gdyż w największej liczbie „dzielnicowych przejęć” tak to właśnie wyglądało. Także w przypadku Katowic. Sam GKS powstał stosunkowo późno, bo dopiero w 1964, jako sukcesor klubu „Rapid Katowice”. Już dwa lata później klub zadebiutował w ekstraklasie. Zafascynowani sukcesem sportowym mieszkańcy okolicznych dzielnic zaczęli uczęszczać na mecze, osiągając średnią frekwencję w wysokości 11.000. Dzisiaj stanowiłoby to sensacyjną liczbę, wówczas jednak było to znacznie mniej, niż gromadzili rywale z Chorzowa, Zabrza i Bytomia. Każdy z Katowic, kto bardzo interesował się piłką- chodził na Ruch. Bliska odległość stadionu Ruchu od Katowic sprzyjała temu zjawisku. Piłkarze „GieKSy” (jak pieszczotliwie nazywają ją kibice) utrzymali wysoką formę sportową przez kilkanaście lat, podczas których średnia frekwencja wynosiła około 5.000 widzów. Trwało to do roku 1980, gdy klub spadł z ekstraklasy, a frekwencja zmniejszyła się do 1.400. Dosyć tych nudnawych opowieści. Ciekawie zaczyna robić się od sezonu 86/87, który wydaje się być kluczowy. GKS znowu gra w ekstraklasie, zajmując w niej trzecie miejsce. Ruch w tym samym sezonie zalicza spadek do 2 ligi. Wskutek tego- w kolejnym sezonie po raz pierwszy GKS osiąga wyższą meczową średnią widzów od Ruchu i zaczyna budować swoją scenę kibicowską. Ówczesna liczebność młyna GKSu w ilości 30 osób tworzyła groteskowy obraz, a całe Katowice były jeszcze nadal w rękach niebieskich. Ruch na ten czas był klubem kultowym (można go porównać z naszym Schalke), kochanym przez całe miasto i dominującym w regionie. Pod koniec lat 80-tych Ruch zdobył

STRONA 4:

ponownie tytuł mistrzowski, ale GKS również prezentował się wyśmienicie, także w pucharach europejskich. Sukcesy sportowe przyciągały kolejnych widzów na mecze, rosła też ilość fanatyków. Mimo tego- nie było nadal żadnej wrogości między kibicami obu klubów. Z jednej strony kibole Ruchu leniwie naśmiewali się z „pikników” z GKSu, z drugiej strony kibice GKS znali swoje miejsce w szeregu i rozsądnie nie prowokowali niebieskich do agresywnych zachowań. Doszło nawet do tego, że w czasie derbów na Bukowej w latach 80-tych Ruch rozkosznie zajął centralne trybuny, podczas gdy GieKSa pokornie zaszyła się w rogu stadionu. Do roku 1993 na meczach domowych zmieniło się niewiele. Jednakże GKS coraz bardziej akcentował swoją obecność wyjazdową i od pierwszych akcji zwrócili na siebie dużą uwagę w kraju. W wyjazdach brało udział średnio 30-130 osób, z których każdy był „Ultra” (w całej Polsce miała w tych czasach miejsce selekcja na zbiórkach przed wyjazdem i „pikniki” po prostu zostawały na dworcu- przyp.tłum.). Główne rozrywki wyjazdowiczów to pić, bić i porządnie dopingować. Z tego powodu rodziły się liczne przyjaźnie, także między kibicami z innych ekip (co w Niemczech rodzi duże zdziwienie). Przykładem jest sympatia kibiców GKS do Śląska Wrocław (która wygasła po przybiciu zgody Śląska z Lechią Gdańsk i Wisłą Kraków, którzy zawsze byli niechętnie widziani w Katowicach). Inny przykład to ówczesna kibicowska „triada” GKS Katowice z GKS Jastrzębie i Hutnikiem Kraków. Padła ona w efekcie awantury na dworcu kolejowym w Krakowie, gdzie doszło do starcia 150 osób z GKS i 300 z Wisły, a w powietrzu latały metalowe łańcuchy… Kolejne przyjaźnie GieKSy to GKS Tychy, Avia Świdnik oraz Miedź Legnica (przy czym ta ostatnia była krótka i typowo pijacka).

A co z Ruchem? Paradoksalnie nadal nie zauważał rodzącego się zagrożenia, więc kibice obu klubów dalej żyli ze sobą w harmonii. Przykładowo- w 1991 roku 30 kiboli Ruchu pojechało razem z GKSem do Piotrkowa trybunalskiego, aby wspierać ich na finale Pucharu Polski przeciwko Legii Warszawa. Fakt ten do dzisiaj wywołuje u niebieskich ból żołądka, bo wtedy mieli ostatnią szansę stłamsić rodzącą się ekipę GKS w zarodku. Zamiast tego- wspierali ich na wyjazdach, pomagając w rozwoju kibicowskim. Analogiczna sytuacja miała także miejsce w Łodzi, gdzie kibice ŁKS chodzili na mecze małego klubu dzielnicowego Widzew, który z biegiem czasu (wspomagany sukcesami piłkarskimi) rozwinął się w potężną ekipę, a ŁKS do dzisiaj pluje sobie w brodę. Wracamy do Górnego Śląska. Los chciał, że GKS kontynuował swoje pasmo sukcesów sportowych, podczas gdy piłkarze Ruchu grali w tym czasie poniżej możliwości. Przełożyło się to bezpośrednio na sytuację kibicowską. Zdominowane dotychczas przez Ruch dzielnice Katowic, takie jak Ligota, Piotrowice, Brynów- zaczęły przechodzić w ręce GKSu, co stało się w przeciągu jednego pokolenia. Kibice Ruchu z Katowic zaczęli w końcu zauważać problem, lecz był on nadal ignorowany przez Chorzów i inne niebieskie miasta. Terenów Katowic początkowo dzielnie bronił „W.”, który był postrachem GieKSiarzy i jednym z liderów chuliganki na Ruchu. Oprócz „działań bezpośrednich” scalał on swoim autorytetem kibiców Ruchu z całego miasta, dbając o ich koordynację. W pewnym momencie jednak „W.” wyjechał (ku uciesze kibiców GKS), a dzielnice zaczęły zmieniać przynależność. Dzisiaj jedyne dzielnice Katowic, które w całości pozostały niebieskie to Szopienice i Nikiszowiec. I tak dochodzimy do przełomowego roku- 1993, w którym żarty się skończyły. Kluczowym momentem zerwania „przyjaźni” między Ruchem i GKSem były wydarzenia w dniu, w którym GKS miał grać z Górnikiem Zabrze. Mecz został jednak szybko przerwany i następnie odwołany z powodu śnieżycy. Wtedy kibice GKS postanowili (nieświadomi tego, co ich zaraz spotka), że „z braku laku” wspomogą swoją obecnością przyjaciół zza między, gdzie wybrali się w 200 osób.

STRONA 5:

Daleko nie mieli, poszli więc piechotą (3 kilometry) na stadion Ruchu, gdzie akurat odbywał się mecz z Pogonią Szczecin. GKS zasiadł na trybunach gospodarzy. Z niewiadomych przyczyn doszło tam do jakiś nieporozumień, które przerodziły się w nieprzyjazne wrzutki słowne, a następnie w bijatykę, w wyniku której GKS został obity i przegoniony ze stadionu. Od tego zdarzenia obie ekipy poszły we własną stronę. Zaczęła się zażarta wojna!

Niedługo potem stało się jasne, że GKS wyrósł z roli długo lekceważonego, młodszego brata. Zaczęło się wzajemne krojenie szalików, co w Polsce do dnia dzisiejszego jest praktykowane, lecz wtedy zjawisko miało dużo większą skalę, gdyż wtedy noszenie barw „na co dzień” było powszechniejsze. Nową rolą GKSu po wyzwoleniu się z „opieki” Ruchu było dobre pokazanie się na derbach między tymi drużynami. W tym celu na wszelkie sposoby krojono na mieście barwy rywala, aby na derbach wywiesić z nich pokaźny dywan. Niespokojnie było również wewnątrz samej grupy kibicowskiej GKSu. Podczas ich meczy domowych sytuacja była dziwna, o czym za chwilę. Ekipa GKS początkowo była słaba, brakowało chuliganów oraz osób, które miałyby poklask i autorytet w tłumie. Z inicjatywy zarządu klubu powstał „Klub Kibica”, składający się z lojalnych i oddanych „pikników”, którzy mieli zapobiegać chamstwu oraz dbać o dobrą atmosferę meczu bez agresji i bluzgania. Nie reprezentowali oni jednak żadnej siły poza własnym stadionem. W tym samym roku, gdy doszło do „odłączenia” GKSu od Ruchu (1993) doszło do dziwnego zdarzenia. Niewielkiej, elitarnej grupce kiboli GKSu w czasie wyjazdu na Lecha Poznań udało się skroić flagę „Ostrów Wlkp” i w przypływie endorfin postanowili, że ta grupka odłącza się od reszty „Januszy” z „Klubu Kibica”, tworząc elitarną i niezależną ekipę, która miała zmienić słabe postrzeganie kibiców GKS w oczach reszty Polski. Postanowili oni przenieść się na Sektor D na Blaszoku. Tam też wywiesili skrojoną Lechowi flagę i stworzyli oddzielny, niezależny młyn. Na początku ta banda liczyła tylko 50 osób (ci, którzy byli wtedy w Poznaniu), ale miała ona dużą siłę przyciągania. Sytuacja ta nie podobała się „Klubowi Kibica”, który wskutek zaistniałej sytuacji zaczął tracić na znaczeniu. KK pracował wtedy nad przybiciem zgody z Polonią Warszawa, do czego ostatecznie nie doszło. Głównym powodem był sprzeciw chuliganów z tej nowo utworzonej frakcji, która praktycznie od początku istnienia „trzymała berło” we wszystkich sprawach kibicowskich GKSu. Niestety nie było łatwo zostać jej członkiem. Zasada była prosta- tylko osoby, które aktywnie wykazują się na wyjazdach mają prawo zasiadać z nimi na meczach domowych. Prócz tego- osoby, które rozmawiały z policją, lub w przeszłości kibicowały Ruchowi- nie miały tam czego szukać. Tego typu „twarda” selekcja powodowała, że kibolska scena GKS rozrastała się bardzo powoli, lecz jakościowo była naprawdę silna. Aby uniknąć nieporozumień- każdemu nowemu członkowi od początku wyjaśniano ważne aspekty GieKSiarskiego punktu widzenia.

A co z „piknikowym” Klubem Kibica? Stawał się coraz słabszy, a jego gwoździem do trumny był mecz 18.10.1994, w pucharze UEFA, przeciwko Girondins Bordeaux (z Lizarazu, Dugarry i Zidane w składzie- przyp.tłum.). GKS grał w tym meczu bardzo słabo (od utraty bramek ratowało go tylko szczęście), przez co Klub Kibica zaczął bluzgać i wyszydzać własnych piłkarzy oraz wychodzić ze stadionu przed końcem spotkania. Na tym samym meczu konkurencyjna ekipa „hools” z Trybuny D dała dopingowy show stulecia, za co została wynagrodzona przez piłkarzy zwycięską bramką w 88 minucie. Od tego czasu przynależność do Klubu Kibica stała się obciachem, przez co musiał on powoli zwijać żagle. Później na Blaszoku skończono selekcjonować wchodzących tam kibiców, przez co zaczęła tam zasiadać też „normalna” publiczność. W kolejnych latach scena GKS przeżywała prawdziwy boom i wypracowała sobie bardzo dobrą reputację w kraju (głównie w obszarze dopingu i opraw meczowych). Rozwojowi temu sprzyjał z pewnością genialny (jak na tamte czasy) typowo piłkarski stadion, wyposażony w kompletne zadaszenie i trzy przeciwległe trybuny, każda mieszcząca około 3.000 widzów. Często wtedy stadion był nabity po brzegi, uchodząc za jedną z lepszych scen kibicowskich w Polsce.

Zmieniamy teraz nieco panoramę, robiąc mały skręt o około 15 km na południe, gdzie pręży się miasto Tychy. Pomimo geograficznej bliskości do pozostałych miast Górnego Śląska- Tychy jawią się zupełnie inaczej. Jeszcze długo po zakończeniu II-giej Wojny Światowej miasto (a właściwie jeszcze wieś) nie pełniło żadnej roli w omawianym regionie. Zmieniło się to, gdy w Chorzowie, Katowicach i innych miastach regionu zaczęło brakować powierzchni mieszkaniowej (na Śląsk zjeżdżały wtedy tłumy ludzi z całej Polski, łaknąc dobrze płatnej pracy w górnictwie, więc trzeba było ich gdzieś zakwaterować). W związku z tym- na socjalistycznej desce kreślarskiej zaprojektowano od podstaw nowe miasto. Powstało wiele terenów zielonych i mieszkań w blokach z wielkiej płyty, które do dziś nadają miastu jego charakter i wygląd. O Tychach mówiło się „miasto-sypialnia”, gdyż prawie wszyscy mieszkańcy codziennie wyjeżdżali do pracy do kopalń, położonych w miastach, leżących na północ. Tyszanie wykorzystywali swoje mieszkania z wielkiej płyty wyłącznie do nocowania. Później zjawisko zostało wykorzystane przez miejscowych kibiców, którzy przyjęli nazwę, oraz utworzyli fanę „Chuligani miasta sypialni”, która w dzisiejszych czasach

STRONA 6:

jest już owiana legendą w całej Polsce. Liczące obecnie 130.000 mieszkańców miasto przeżyło w latach 70-tych obfity przyrost ludności. W aspekcie piłkarskim panował jednak kompletny zastój. Zaczęło się to zmieniać od 1971 roku, gdy utworzono (z połączenia wielu mniejszych klubów) GKS Tychy. Klub ten rozwijał się nie tylko sportowo, ale przyciągał też masowo kibiców. Wielu widzów, którzy dotychczas sympatyzowali z panującymi w regionie niebieskimi z Chorzowa, znalazło nowy klub. Co ciekawe- pomimo króciutkiej historii ekipa GKS Tychy zaliczała się do twórców rodzącego się polskiego ruchu kibicowskiego, co potwierdziło pierwsze „Spotkanie Fanów” w Polsce w roku 1976. Oprócz prekursorów, takich jak Legia Warszawa, Wisła Kraków i ŁKS Łódź, była tam obecna również delegacja z Tychów. Jedną z mocniejszych stron tyskiej sceny zawsze były mecze wyjazdowe. W tym czasie możliwe były tylko „wyjazdy konspiracyjne”. Na wyjazdy (zwłaszcza te dalekie) jeździli tylko ci, którzy aktywnie brali udział w życiu kibicowskim. Nie było wtedy w Polsce żadnej eskorty policyjnej ani oddzielonych sektorów gości, a ekipa wyjazdowa wbijała się na sektor gospodarzy. Po wejściu na stadion było do wyboru, że albo podajemy się za miejscowych i jest spokojnie, albo ujawniamy się w 40-50 osób i wtedy jest murowana awantura. Tychy wtedy zaliczały się do ekip o mocnej psychice i ich ekipa pojawiała się praktycznie na każdym wyjeździe. Niestety, sportowy sukces Tychów nie trwał długo i tak w latach 80-tych klub znalazł się w 3 lidze. Nie powstrzymało to działalności ich ekipy, która skupiła się wtedy głównie na kibicowaniu sekcji hokejowej. Z tego też wywodzi się (trwająca do dzisiaj) ekstremalna wrogość do kibiców Zagłębia Sosnowiec (którzy również obok sekcji piłki nożnej silnie angażowali się w działalność sekcji hokeja na lodzie). Powszechnie obowiązującą regułą było, że pociąg z sosnowiczanami, udającymi się na mecz swojej drużyny do Tychów tak mocno i długo  był bombardowany kamieniami, dopóki naprawdę ostatnia szyba nie została wybita.

Również w latach 90-tych tyska scena zachowała swą reputację i jako przykład rozlicznych wybryków może posłużyć tutaj mecz (i rewanż) przeciwko Śląskowi Wrocław w sezonie 93/94. Tychy wyjechały w 80 osób do Wrocławia (który już od dawna uważany był za jeden z najsilniejszych ośrodków kibicowskich w Polsce). Zostali oni po drodze zaatakowani w podwrocławskiej Oławie przez miejscowy, 5-cio(!) osobowy oddział (uzbrojonych) hools Śląska Wrocław. Naturalnie Tychy mogły atak odeprzeć dzięki liczebnej przewadze, ale plotka głosi o silnym bólu głowy i respekcie tyszan uważających, że „trzeba mieć niezwykle silne nerwy i być chorym umysłowo, aby się na coś takiego odważyć”. Było więc oczywiste, że z okazji meczu rewanżowego w Tychach nikt nikogo długo prosić nie musiał o umilenie czasu wrocławskim gościom. Z tej okazji- na dworcu kolejowym oczekiwał 200 osobowy „komitet powitalny”, który jednak został szybko wykryty i przegoniony przez policję. Prawdziwa awantura zaczęła się od prób ataku podczas meczu, a zakończyła wielką bijatyką, która trwała jeszcze parę godzin po zakończeniu spotkania. W efekcie przyjezdnych kibiców Śląska trzeba było ewakuować z miasta samochodami policyjnymi. Sportowo znowu się jednak w Tychach pogorszyło, a  klub w połowie lat 90-tych znalazł się ponownie w 3-ciej lidze. Chwilę później byliśmy świadkami jednego z największych absurdów organizacyjnych w polskiej piłce nożnej. Właściciel  ekstraklasowego Sokoła (który zmienił nazwę na Miliarder, ten sam człowiek sponsorował też Polonezy Caro jako główne nagrody w popularnym wtedy teleturnieju „Koło Fortuny”- przyp.tłum.) z leżącej nieopodal Poznania miejscowości Pniewy, doprowadził do fuzji z GKS Tychy, zmieniając nazwę tego „tworu” na Sokół Tychy. Zespół miał rozgrywać mecze w Tychach, na co nie wszystkie kluby ekstraklasy wyraziły zgodę, w związku z czym nastąpiła przeprowadzka powrotna do Pniew, by w połowie sezonu wycofać się z rozgrywek. Z dzisiejszego (niemieckiego-przyp.tłum.) punktu widzenia bardzo trudno jest zrozumieć sytuację, gdzie ligę postrzega się jak wygraną na loterii. Od tego czasu w Polsce można wykupić sobie miejsce w ekstraklasie kosztem likwidacji innego klubu, nie zachowując nawet jego historycznej nazwy (identyczny manewr zrobił kilkanaście lat później Józek Wojciechowski, wykupując ekstraklasową licencję Dyskobolii Grodzisk dla Polonii Warszawa-przyp.tłum.).

Wracając do spraw kibicowskich- tyska scena cieszyła się dobrym samopoczuciem i poprzez liczne działania zwracała na siebie uwagę. Za ulubiony rewir uchodził własny dworzec kolejowy, co szczególnie dano odczuć znienawidzonemu Widzewowi Łódź (i jego licznym Fan Clubom). Często można było spotkać  kibica wrogiej drużyny, porzuconego w głębi sąsiadującego z Tychami lasu. Z okazji meczów wyjazdowych także dbano o wywołanie sensacji. Przykładowo, już pod koniec lat 70-tych(!) trzy godziny przed meczem, w pełni załadowany autobus Tychów dojechał do odległego Olsztyna, po czym małe grupki plądrowały całe miasto tak, że liczne ukradzione szaliki prezentowano po swojej stronie. W roku 1997 przyszedł sportowo-kibicowski krach. Sponsor najpierw wycofał się z finansowania drużyny, a następnie wycofał klub z rozgrywek. Liczne protesty i demonstracje kibiców na nic się zdały. GKS musiał więc wszystko zaczynać od nowa w najniższej, 5-tej lidze i przez wiele kolejnych lat nie udawało mu się uwolnić się od sportowych nizin. Ekipa Tychów przestała regularnie chodzić na mecze domowe, a czasy 1000-osobowego młyna minęły bezpowrotnie. Ekipa jednak jeździła na co ciekawsze wyjazdy, których było sporo, z uwagi na zasobność śląskiego regionu w liczne kluby piłkarskie. Każdy taki wyjazd był okazją do awantury i w tym czasie często do tych awantur dochodziło. Oprócz własnych meczów ekipa Tychów pojawiała się na meczach reprezentacji narodowej. Często wspomagano też przyjaciół z ŁKSu Łódź, gdzie nie zajmowali jednak miejsc na „Galerze”, lecz na swoim ulubionym łuku za bramką. Pod koniec lat 90-tych GKS grał w niższych ligach,

STRONA 7

głównie w miejscowościach położonych w pobliżu Sosnowca, który – jak pisałem wcześniej – pielęgnował bardzo napięte stosunki z „Tyszanami”. Były to „złote lata” polskiego ruchu kibicowskiego. Frekwencje w młynach osiągnęły apogeum, z kolei policjanci byli w większości nieskoordynowani, bez planu działania. Dlatego większość meczy przypominała miejsca dzikich bitew. Niejednokrotnie „normalni” widzowie byli przeganiani ze stadionu, czasami buntowali się przeciwko policji i często również zaglądało tam Zagłębie Sosnowiec, więc GKS przy dużym pechu mógł być atakowany z 3 stron (policja, Sosnowiec, miejscowi). W tym samym czasie, ponownie wzrosła aktywność na sekcji hokejowej. Mobilizowano się także na derby Łodzi (wspomagać ziomków z ŁKS). Na jednym z takich spotkań GKS wywiesił 40 skrojonych szalików innych śląskich klubów. Służby porządkowe chciały zapobiec ich spaleniu, na co Galera odpowiedziała kanonadą kamieni. Wtedy na stadion weszła policja i zaczęła lać kogo popadnie, aż sędzia przerwał mecz, zanim nastanie spokój. W efekcie sektor został zamknięty na kolejne mecze. W 2000 roku GKS nadal występował w 4 lidze, zawzięcie walcząc o awans. Happy Endowi zapobiegł decydujący mecz przeciwko Czarnym Sosnowiec, który tyskim kibicom wydał się ukartowany. W związku z powyższym kibice GKS wpadli na murawę i obili kilku piłkarzy z Sosnowca, po czym zaczęła się awantura z policją. Przeniosła się na ona ulice miasta, gdzie w deszczu gumowych kul zdemolowano kilka radiowozów. Jeżeli chodzi o kibicowskie przyjaźnie- Tychy zawsze dobrze się spisywały. Sztama z ŁKS stanowi jedną z najsilniejszych w Polsce. Świadczy o tym fakt, że ponad 150 tyszan wspierało ŁKS w derbach przeciwko Widzewowi. Kolejni przyjaciele Tychów to Zawisza Bydgoszcz, zgoda powstała i rozwinęła się dzięki wspólnym przyjaciołom z Łodzi. Pomimo krótkich kryzysów (Tychy były wściekłe np. na krótkotrwałą przyjaźń Zawiszy z Jastrzębiem) ich kontakty do dzisiaj pozostają wyśmienite. Podobna historia wydarzyła w latach 90-tych pomiędzy Tychami, a Górnikiem Wałbrzych i Sandecją Nowy

STRONA 8

Sącz, co zaowocowało jedną z najsilniejszych band chuligańskich w Polsce (na tamte czasy, bo teraz już niewiele z tego zostało- przyp.tłum.), która powstała poprzez świetne kontakty wymienionych ekip z Cracovią Kraków. Obecnie w Tychach mówi się głośno i często, że ludzie z Cracovii to bracia oraz bandyci tak dobrzy, jak oni sami. W ten sposób przyjaźń trwa już od lat 80-tych, lub jak mówią w Tychach – od zawsze i od początku. Była też kiedyś przyjaźń Tychów z Lechem Poznań (pierwszy raz w Polsce pokazali się w Tychach w czapkach i szalikach z nadrukami zachodniej jakości, podczas gry reszta kraju miała jeszcze szaliki i chusty szyte ręcznie na drutach). Inne stare przyjaźnie Tychów to krótkie zgody z Polonią Bytom i Górnikiem Zabrze, które były jednak robione „z wygody” przeciwko dominującemu w regionie Ruchowi Chorzów.
Przechodzimy do teraźniejszości- w ostatnich czasach tyska scena poddana została doznała ostrym represjom oraz słabym wynikom piłkarskim. Jakby tego było mało- stary stadion Tychów został zrównany z ziemią, a budowa nowego obiektu ma spore opóźnienie. Na ten czas mecze domowe Tychów rozgrywane są w oddalonym o 30km Jaworznie, co blokuje rozwój tyskiej sceny kibicowskiej. Samo Jaworzno jako miasto zasługuje zresztą na osobny artykuł, gdyż znajduje się tam aż 8 (!) Fan Clubów różnych klubów, które ostro walczą o swoją pozycję w mieście. Silny miejscowy FC Katowic często „umila” Tychom mecze, pomimo podwożenia kibiców Tychów pod sam stadion, wynajętymi przez klub autobusami. Niestety, absolutny zakaz przyjmowania gości na meczach w Jaworznie powoduje, że te mecze mają atmosferę jak pogrzeb, z frekwencją w okolicach 150 widzów. W maju 2013 Katowice skorzystały z szansy i ośmieszyły Tychy, nieoczekiwanie zajmując w 240 osób sektor gospodarzy na godzinę przed meczem. Po chwili przyjechały Tychy tylko w 40 osób, nie pozostało im nic innego jak zasiąść pod trybuną zadaszoną. Zaczęły się wzajemne wyzwiska, ale do rękoczynów nie doszło. W 40 minucie katowiczanie zaśpiewali: „Po co wy gracie, jak wy kibiców nie macie”, po czym zniknęli tak szybko, jak się pojawili.
Wszystko, co dotychczas przeczytaliście potraktujcie jak wydłużoną zapowiedź dzisiejszego meczu. Przejdźmy w końcu do derbów (GKS Katowice– GKS Tychy, listopad 2014). W Polsce jest coś takiego jak „Karta Kibica”, bez której niemożliwy jest zakup biletu na mecz. Co gorsza- każdy klub ma swoje własne karty, a jednolitego systemu nie ma.

STRONA 9:

Dla obcokrajowców i debiutantów jest to problem, bo wyrobienie karty przed meczem trwa 2-3 minuty, przez co zablokowana jest kasa biletowa i tworzą się długie kolejki. Po wejściu na stadion ciśnienie mi nieco opadło, bo zauważyłem wiele pustych miejsc na sektorach. Polską specjalnością jest jednak przychodzenie na mecz na ostatni moment, tak też było w tym przypadku. Blaszok wraz z rozpoczęciem meczu był już nabity do ostatniego miejsca. Oflagowanie skupione było na nazwach licznych Fan Clubów, co miało zdenerwować kibiców gości, siedzących nieopodal. Dostali oni 409 biletów, tyle samo co ostatnim razem. Wówczas jednak nie wykorzystali wszystkich. Tym razem Tychy lepiej się spisały i sprzedano wszystkie wejściówki. 400 tyszan wspomaganych było przez 70 z ŁKS Łódź i 70 z Zawiszy Bydgoszcz. Kibice gospodarzy przyjęli nabity sektor gości gości z zadowoleniem, mimo to szyderczo przywitali ich okrzykiem „Co się stało, że tylu was przyjechało”. Następnie Blaszok, zgodnie z oczekiwaniami, wystąpił ze swoim popisowym numerem „KAAATOWlCE, KAAATOWlCE GKS!”. Zawsze genialnie to wygląda, jak przy tej przyśpiewce tysiące postaci fanatycznie przesuwa się do przodu. O natężeniu dźwięku dopingu w przypadku Polski nie ma co nawet pisać, gdyż bardzo mało krajów na świecie może się z Polakami pod tym względem równać.
„W mieście gdzie najlepsze piwo jest gra GKS” –  słychać z trybuny gości. To piosenka z lat 70-tych, która nadal jest śpiewana. Zawiera ona aluzję do popularnego piwa „Tyskie”. Niestety, jest to jeden z niewielu akcentów, płynących ze strony trybuny gości. „Budowla” na której stoją, pod względem architektonicznym nie oferuje wprawdzie idealnych warunków, co jednak nie powinno stanowić w czasie derbów wymówki. Z drugiej strony i tak nie należało się spodziewać niczego więcej, ponieważ chłopaki z Tychów nie są jeszcze gigantami w tworzeniu meczowego nastroju. Uwaga chwilę później skupia się na trybunie gospodarzy, która w czasie pierwszej połowy prezentuje głośny doping do oprawy „War for Territory”. Fajny pomysł z czołgami i samolotami, a syczenie 40-50 rac stanowi dla uszu dodatkową muzykę, powodując szybsze bicie serca. Następnie wykonany jest interesujący wariant starej piosenki, w której trybuna dzieli się na pół i śpiewa refren na dwa głosy: „GKS klubem mym, już na zawsze będę z nim, więc z całych sił, śpiewamy dziś – ooohooohhoo”. W międzyczasie trybuna gości, po raz któryś z rzędu, prezentuje identyczne szaliki z nazwą klubu, wykonane wyłącznie  na ten mecz. Służyć ma tworzeniu fajnego obrazu, zwłaszcza, że ogromna flaga przyjaciół z Łodzi na płocie ten obrazek uzupełnia: „Ciemna strona miasta – Wojownicy Ulicy – chuligani ŁKS”. Krótko i na temat.

STRONA 10:

W przerwie meczu, zupełnie niespodziewanie (sytuację wywołało zerwanie przez ochronę transparentu Tychów „Banda chuja gdzie konfident zgrywa zbója”- przyp.tłum.) dochodzi niemal do starcia, gdy 100-150 osób przez sektor buforowy przemieściło się w kierunku gości. Kibice Tychów nie dali się długo prosić i próbowali zrobić wyłom w ogrodzeniu, ale w dzisiejszych czasach, przy takiej ilości sił porządkowych, kibole nie byli w stanie niczego wszcząć i skończyło się na nieudanej próbie. Oczywiście policja stwierdziła (choć sytuacja dawno była opanowana), że będzie od teraz osobiście pilnować porządku na murawie. Co za nonsens. Za trybunami „widowisko” miało swój dalszy ciąg, gdy całkowicie ześwirowany kierowca armatki wodnej dostarcza przez kilka minut rozrywki, jeżdżąc w kółko bez celu i logiki, wyciskając ze swego pojazdu tyle, ile fabryka dała. Było zbyt dużo niepotrzebnych działań ze strony służb porządkowych, bo poza bieganiną nic konkretnego się nie wydarzyło. Ostatecznie akcja nie pozostaje bez konsekwencji, ponieważ PZPN tylko czeka na takie wydarzenia. Tak więc nie było zaskoczeniem, że obie (!) ekipy w następnym tygodniu ukarane zostały półrocznym zakazem wyjazdowym. Dodatkowo policja aresztowała łącznie 12 osób.
W 2 połowie meczu był już spokój. Kibice Katowic stworzyli bardzo dobrą atmosferę (w czym pomogli im piłkarze, odnosząc ważne zwycięstwo), podczas gdy goście wypadli dużo słabiej.
Widać jednak wyraźnie, że chude sportowo czasy w Katowicach trwają dalej i musi minąć sporo czasu, zanim katowiczanie ponownie będą mogli patrzeć na miejsce premiowane awansem do ekstraklasy.
Każdy, kto ma ochotę odwiedzić ten legendarny stadion, powinien zrobić to szybko, gdyż w tej chwili trwa walka o budowę nowej areny. Przy czym nie jest w pełni uzasadnione, że potrzebna jest budowa nowego stadionu dla średnio 2.500 widzów, którzy uczestniczą w meczach w ostatnich sezonach…
Nasza grupka chwilę później zbiera się pod samochodem w nastrojach niemal euforycznych, z powodu doświadczenia nowych wrażeń. „Opłaciło się przyjechać”- taki jest wspólny ton naszych wypowiedzi. Jeszcze tylko kilka godzin jazdy powrotnej do Niemiec w ciemnej nocy, by od jutra powrócić do własnych spraw. W naszym świecie fanatyków piłkarskich, który choć tak bliski, ale jednak całkiem inny…

Ekipy GKS Katowice
Pierwsza ekipa, istniejąca na stadionie w Katowicach działała na początku lat 90-tych, jednak bez nazwy. Dopiero pod koniec lat 90-tych powstał 30-to osobowy oddział młodych fanów GKS-u, o nazwie „Gladiators”, szerzej znany z uwagi na pokaźną flagę o tej samej nazwie.
Aktualnie egzystuje już tylko jedna banda „Persona Non Grata”, której znakiem firmowym są żółte koszulki, a zimą żółte czapki.

Ekipy GKS Tychy
Pierwszą ekipą w Tychach była „Football Hooligans Tychy” („FHT”). Utworzyli ją ludzie, którzy dobiegają dzisiaj 40-tki. Ich największa aktywność przypadała na okres fuzji z Sokołem, w pierwszej połowie lat 90-tych. Trzon bandy liczył 40-70 osób.
Druga ekipa powstała w roku 1996 i nadała sobie nazwę „Kinder Gang”, z powodu niskiego wieku (15-16 lat) osób decyzyjnych. Banda ta odznaczała się zupełnie innym trybem życia od reszty. Żadnego alkoholu, za to dużo sportu. Zasadą zachowania we wcześniejszym okresie było, że każdy będący w stanie nietrzeźwym nie był w żadnym przypadku tolerowany, obojętnie co miał do powiedzenia na swoje usprawiedliwienie. Jednym ze stałych działań tej liczącej około 30 osób grupy były wjazdy na różne osiedla Katowic w celu krojenia szalików. Część z tych osób jest dzisiaj jeszcze aktywna i tworzy z „resztkami” z FHT krąg chuliganów w Tychach.
Dwie dalsze, liczące aktualnie po 20 osób, grupy to „Young Rats Hooligans” oraz „Pokolenie Młodych Wariatów”. Żadna z tych grup nie posiada flag do wieszania na płocie, nie ma również żadnych ekscesów wewnętrznych i podziałów. Wszyscy są zjednoczeni i stoją murem za flagami GKS Tychy.

Jedna myśl nt. „Blickfang Ultra

  1. Zenada autor zle zostales poinformowany bylem obecny na finale w piotrkowie bylo nas 70 i tyskich tez kolo tego a tego juz nie napisales szkoda czytac zaklaman bo na gieksie chodzilo o podzial polski i niemiec flaga ze swastyka w latach 90 tez nie wspomniales a NIEBIESKIE KATOWICE byly sa i beda …nikt nikogo nigdy nie lekcewazyl zawsze byly zadymy na dworcu z cyganami PRAWDZIWYMI CYGANAMI sympatyzujacymi gieksie…pozdRo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.