Rowerem po śniegu

Dla mieszkańców Szwajcarii, Austrii, Bawarii, Północnych Włoch,  Norwegii, Szwecji czy Finlandii jazda rowerem po śniegu to normalna rzecz. Niejednokrotnie w siarczystym mrozie tamtejsze dzieci w ten sposób dojeżdżają do szkół. W Polsce z kolei widok rowerzysty na śniegu to widok bardzo rzadki. Świadkowie tego „procederu” często uważają, że śnieżny rowerzysta to albo wariat, albo biedak, którego nie stać na samochód. Serwisy rowerowe zimą na ogół są zamknięte, gdyż liczba klientów o tej porze roku jest minimalna. Na szczęście w ostatnich latach kultura rowerowa wśród Polaków rośnie, a zimowych rowerzystów możemy spotykać coraz częściej (co nie znaczy, że często). W tym tekście kompleksowo opiszę zjawisko jeżdżenia rowerem po śniegu.

Ten wpis opisuje jeżdżenie rowerem w temperaturze poniżej zera po dużej warstwie śniegu „puszystego” lub lekko ubitego w warunkach parkowo-leśnych, lub po bocznych drogach, nieposypanych solą, dla osób, które mają minimalny budżet finansowy. Nie będę pisał o oponach z kolcami, „fatbikach” za 20.000zł, odzieży termicznej, trzymających ciepło bidonach z włókna kosmicznego i całej szafie specjalistycznych akcesoriów. Nie będę też pisał o jeżdżeniu po gołym asfalcie, gołoledzi, drodze „posolonej” przez służby czy po „starym” lodo-śniegu, twardym jak kamień (gdyż jeżdżenie po czymś takim to żadna frajda i duże niebezpieczeństwo). Pisał będę natomiast o jeździe po świeżym, miękkim, puszystym śniegu i sprzęcie rowerowym dokładnie tym samym, który używamy latem.


Zalety jeżdżenia rowerem po śniegu

Zaleta jest właściwie tylko jedna, ale ogromna i jest to sens uprawiania sportu. Ćwiczymy swe piękne ciało, utrzymując je w dobrej kondycji ogólnej. Napędzamy metabolizm i spalamy kalorie. Dużo ludzi w okresie zimowym zapada w „zimowy sen”, trenując tylko w ciepłe dni. Wówczas organizm obrasta tłuszczem, rozleniwia się i marnieje. Dlatego zaleca się uprawianie sportu również zimą, choćby w minimalnym stopniu, aby „podtrzymać” formę i uniknąć zaawansowanych procesów katabolicznych. Treningi zimowe można też potraktować jako „zaprawę” przed „sezonem właściwym”, w który (wraz z wiosną) możemy wejść wtedy „na pełnej k#$%&*”, mając dużą przewagę nad trenującymi, którzy dopiero wiosną zaczynają przygotowywać się do ciężkich treningów, nakręcać spowolniony metabolizm i zrzucać brzuszek po zimowych miesiącach. Jazda rowerem po śniegu jest bardzo wszechstronna pod względem angażowania poszczególnych partii mięśniowych. W odróżnieniu od sezonu letniego, gdy jazda rowerem angażuje głównie nogi- rower zimą angażuje praktycznie całe ciało, co szczegółowo opisano w jednym z kolejnych rozdziałów.

 

Wady jazdy rowerem po śniegu:

Przede wszystkim zimą nieporównywalnie łatwiej niż latem możemy zaliczyć „glebę”, aczkolwiek trzymając się pewnych zasad taktyczno-balistyczno-strategicznych (o których niżej)- jesteśmy w stanie znacznie zminimalizować ryzyko upadku. Ja w tym tygodniu przejechałem już ponad 50km po głębokim śniegu, a w całym swoim życiu ponad 1000km i ani razu się nie przewróciłem.

Zimą możemy niestety nawdychać się dymu/smogu, gdyż jest to szczytowy okres sezonu grzewczego, a drzewa wtedy nie posiadają liści, które obdzielają okolicę w świeży tlen. Aby znacznie zmniejszyć ilość wdychanych zanieczyszczeń- warto zadbać o kilka spraw. Przede wszystkim należy wciągać powietrze nosem, a nie ustami, co zapewni nam podstawową filtrację zanieczyszczeń. Wiadomo, że niekiedy (np. przy ostrym podjeździe pod górkę) trzeba wziąć kilka oddechów ustami, ale starajmy się robić to jak najrzadziej, pamiętając o tym, że nos to przyjaciel naszych płuc, a usta służą do mówienia i jedzenia/picia, a nie oddychania. Można też skombinować sobie maseczkę, filtrującą pył, jakie noszą górnicy na kopalniach. Warto wybrać trasę przejażdżki tak, aby omijać najbardziej zanieczyszczone rejony. Są to dzielnice mieszkaniowe, w których występuje ogrzewanie indywidualne, czyli głównie domy jednorodzinne i stare kamienice. Wokół nich w powietrzu jest największy syf, ale ciężki pył i dym zwyczajowo nie rozprzestrzenia się dalej, niż na 200 metrów od źródła (komina). Takich miejsc należy unikać, kierując się w stronę parków, lasów, bezdroży, dróg pozamiejskich, czy… dużych blokowisk, które posiadają ogrzewanie miejskie (paradoksalnie na blokowiskach, gdzie jest największe zagęszczenie mieszkańców- powietrze jest dużo czystsze, niż na terenach o niewielkim zaludnieniu). Oczywiście są takie miasta, jak Kraków czy Żywiec, które dzięki położeniu w kotlinie są zimą zanieczyszczone w całości, a ciężki smog nie ma się jak stamtąd wydostać, wtedy nic nie zrobimy i musimy to wdychać. Jednakże większość polskich miast leży na równinach i wyżynach, więc zanieczyszczona jest „punktowo”, dlatego należy te najbrudniejsze punkty po prostu omijać i tyczy się to nie tylko rowerów, ale też biegania czy spacerów. Badania pokazują, że najmniejsze zanieczyszczenie powietrza zimą występuje w porach porannych w sobotę i niedzielę, gdyż ludzie napalają sobie w piecu wieczorem i idą spać. Piec po kilku godzinach (około 3 w nocy) wygasza się i przestaje produkować zanieczyszczenia, a o godzinie 7:30, gdy zimą zaczyna robić się jasno- powietrze jest w miarę czyste i jest to idealna pora na rower (zwłaszcza w weekend, gdy liczba samochodów na drogach jest niska). Oczywiście są piece samoobsługowe, które podają sobie paliwo cały czas, ale te na ogół są na ekogroszek lub gaz, więc ich „smrodliwość” jest niewielka. Najgorsze są piece „ręczne” na węgiel, lub co gorsza- na śmieci, które w większości przestają kopcić w środku nocy z powodu braku dostawy paliwa.

Trzecią wadą jazdy rowerem po śniegu jest zwiększone (w porównaniu z jazdą latem) zużywanie się sprzętu. „Po tyłku” dostaje łańcuch, przerzutki, hamulce, łożyska, rower podatny jest też na rdzę. Można ten proces zużycia trochę zahamować, stosując kilka trików konserwacyjnych, o których napisałem niżej.


Jakie mięśnie pracują podczas jazdy rowerem po śniegu?

Praktycznie wszystkie! Jazda latem angażuje przede wszystkim nogi i w niewielkim stopniu brzuch. Cała górna część ciała jest „zablokowana” i nieruchoma, służy tylko po to, żeby trzymać się kierownicy i ewentualnie skręcić. Widać to dobrze po sylwetkach zawodowych kolarzy szosowych, których umięśnienie górnych partii ciała jest niewielkie. Latem, w komfortowych warunkach wystarczy po prostu rower wprowadzić w ruch, aby już się nie przewrócić- potem już wystarczy tylko kręcić. Zimą jest całkiem inaczej. Przez cały czas musimy mimowolnie pracować „górą” ciała, aby się najzwyczajniej w świecie nie wydupcyć. To działanie angażuje takie mięśnie, o których nie śniło się nawet filozofom. Nogi i pośladki zimą ćwiczą tak samo mocno, jak latem, gdyż są napędem. Kierownicę podczas jazdy po śniegu musimy trzymać bardzo mocno (odpada jazda bez trzymanki), gdyż w każdej chwili możemy wjechać na ukrytą pod śniegiem przeszkodę czy nierówność, przez co automatycznie ćwiczymy chwyt (przedramię). Często musimy „kontrować” kierownicą i prostować tor jazdy, który uległ zniekształceniu w wyniku spotkania z nierównością, a „kontry” wyprowadzamy mięśniami barkowymi i częściowo mięśniami grzbietu. Przez cały czas jazdy po śniegu góra ciała musi „balansować” i trzymać odpowiedni poziom, jak cyrkowcy, którzy chodzą po linie. Przy zakręcie na śliskiej powierzchni musimy napiąć się, jak plandeka na Żuku i przechylić w daną stronę, aby zdążyć skręcić, zanim skończy nam się droga. To doskonale ćwiczy nasze mięśnie grzbietu i korpusu, a także mięśnie głębokie. Nieuniknione są miejsca (lód, zaspy itp.), gdy musimy pomóc sobie nogą, albo całkowicie zejść z roweru i poprowadzić go kawałek, a to kolejne „urozmaicenie” naszego treningu. Jedyną partią, która nie przemęcza się zbytnio podczas jazdy rowerem po śniegu jest klatka piersiowa. Cała reszta mięśni używana jest bardzo rozmaicie i intensywnie, co przekłada się na „pełnowartościowy” trening typu FBW. Co ważne- żaden z tych ruchów nie jest taki sam, gdyż żaden nie jest planowany, wykonujemy je spontanicznie i mimowolnie, w odpowiedzi na warunki kapryśnej nawierzchni. Atakujemy więc mięśnie pod różnymi kątami, z różną częstotliwością i nasileniem, co jest najbardziej efektywnym treningiem (w odróżnieniu np. od ćwiczeń na maszynach w siłowni, gdy wykonujemy całą serię dokładnie takich samych ruchów). Podsumowując- jazda rowerem po śniegu angażuje praktycznie całe nasze ciało (poza klatą), więc jest bardzo skutecznym, efektywnym, urozmaiconym i pełnowartościowym treningiem.

Technika jazdy rowerem po śniegu oraz przydatne wskazówki

Na początek należy jasno powiedzieć, że jazda rowerem po śniegu jest przeznaczona dla osób, które mają jako-takie doświadczenie rowerowe i ponadprzeciętne umiejętności zachowania równowagi. Jeżeli jesteś w stanie przewrócić się na prostej drodze latem- dla własnego (i innych osób) bezpieczeństwa w zimę pójdź sobie na basen, zumbę lub siłownię.

Prędkość i przerzutki – Prędkość jazdy po śniegu zawsze będzie dużo niższa, niż latem po asfalcie, więc na czas zimowy powinniśmy zrezygnować ze skali „kilometrowej”. Ja osobiście latem mam średnią prędkość około 22km/h, a zimą, w głębokim śniegu to raptem 12 km/h. Nie oznacza to, że treningi zimą są lżejsze. Jest wręcz odwrotnie! Po godzinie jazdy po śniegu jestem cały mokry i zmęczony, a latem po godzinie dopiero zaczynam wchodzić na pełne obroty. Nawet przy tych 12km/h jazda po śniegu wymaga włożenia dosyć dużej siły, gdyż koło się blokuje i „wbija” w śnieg. Jak napisano wyżej- jeżdżąc po śniegu trenujemy całe ciało, a trening jest bardziej wszechstronny. Dlatego nie ma co stresować się niską liczbą przejechanych kilometrów zimą, a na ten okres wprowadzić skalę „godzinową”. Jeśli chodzi o przerzutki- najbezpieczniej i najbardziej komfortowo jest używać „lekkich” i „górskich” przełożeń (zresztą przy tak niskich prędkościach jest to naturalna kolej rzeczy). Zyskujemy wtedy większą kontrolę nad jazdą.

Ciśnienie i siodełko – Ciśnienie w dętkach najlepiej zredukować do niskiego. Opona nabita „na kamień” jest dobra na równą, suchą i nagrzaną szosę, ale na śniegu sprawdzi się słabo- rower będzie nam się „wbijał” głęboko w śnieg i efekt będzie odwrotny (kręcenie będzie cięższe, zamiast lżejszego, a dodatkowo dużo łatwiej będzie nam 'wywinąć orła'). Niskie ciśnienie w oponach zapewni nam trochę lepszą przyczepność (która w warunkach śnieżno-lodowych jest na wagę złota), a rower nie będzie aż tak „nurkował” w śniegu. Można też nieco obniżyć wysokość siedziska. Zapewni nam to trochę lepszą kontrolę i równowagę (z powodu obniżenia środka ciężkości), ale odbędzie się to kosztem utraty komfortu jazdy.

Skręcanie – Na śniegu skręcanie rowerem powoduje duże trudności. Zasady są dwie- przed skrętem należy zwolnić do minimum (zwłaszcza, gdy zjeżdżamy z górki), a sam skręt pokonujemy możliwie jak najszerszym łukiem (tak, jakbyśmy kierowali TIRem). Ostre skręcanie na śniegu przy dużej prędkości w 98% przypadków skutkuje upadkiem.

Jeżeli jedziemy po lodzie- nie skręcamy pod żadnym pozorem (nawet lekko), bo „gleba” na 200%. Hamowanie też nie jest zalecane. Po lodzie należy jechać prosto, trzymać mocno kierownicę i modlić się o brak upadku. Wszelkie manewry zaczynamy dopiero, gdy zjedziemy z lodu na cokolwiek przyczepniejszego (może być to śnieg). Jeżeli tego końca nie ma i gładki lód jest po horyzont- trzeba było patrzeć, gdzie się wjeżdża.

Wszelkie „podłużne” przeszkody (krawężniki, uskoki, szyny tramwajowe itp) koniecznie pokonujemy pod kątem zbliżonym do 90 stopni. Zasada ważna jest przez cały rok, ale na śliskim śniegu szczególnie powinniśmy tego pilnować.

Hamowanie – Jak to mawiał Jeremy Clarkson: „Duża prędkość nie jest niebezpieczna. Niebezpieczne jest jej gwałtowne wytracenie„. W warunkach rowerowych takim „gwałtownym wytraceniem prędkości” jest „gleba”, czyli coś, czego raczej chcielibyśmy uniknąć. Najbezpieczniej (w miarę możliwości) hamowanie jest zastąpić samoistnym wytracaniem prędkości na skutek braku pedałowania (w puszystym śniegu wystarczy kilka-kilkanaście metrów, aby się w ten sposób całkiem zatrzymać). Tu wystarczy antycypacja, dokładne obserwowanie trasy i szybkie reagowanie na warunki. Niekiedy jednak trzeba hamować, zwłaszcza zjeżdżając z górki lub z powodu nagłego zauważenia jakiejś niebezpiecznej przeszkody, po której lepiej szybko nie przejeżdżać (dziura, krawężnik, człowiek). Jak hamować? Przede wszystkim tak, żeby nie stracić przyczepności na żadnym kole (a zwłaszcza na przednim, bo „gleba” niemal pewna). Musimy wyćwiczyć sobie swego rodzaju system ABS. Hamujemy więc pulsacyjnie i nie na tyle mocno, aby koło zaczęło nam się ślizgać. Bezpieczniejszy jest hamulec tylny, albo oba naraz (przy czym przednim lżej, niż tylnym). Gdy stracimy przyczepność na tylnym kole- zacznie ono „tańczyć” na boki, wtedy musimy wykonać zdecydowaną pracę rękami i odpowiednio ustawiać kierownicę, aż do odzyskania przyczepności. Utrata przyczepności na przednim kole to jak pisałem- „gleba”, zatem używanie przedniego hamulca powinno mieć charakter „pomocniczy” i „wspomagający”, a nigdy „wiodący”.

Podjazdy i zjazdy z górek – Wjazd pod śliską (oblodzoną) lub pod zasypaną głębokim śniegiem górkę ma tę cechę, że trudno w tych warunkach przyspieszyć (skutkuje to utratą przyczepności), więc jeżeli się całkiem zatrzymamy, to już potem nie ruszymy (to samo zresztą jest, gdy w takich warunkach jedziemy samochodem). Dlatego już przed górką należy nabrać odpowiedniej prędkości i przez cały podjazd mniej więcej trzymać się tej właśnie prędkości.

Przy zjazdach z górki należy u szczytu „na chłodno” ocenić nasze szanse. Przede wszystkim robimy to z jak najwolniejszą prędkością (chociaż niekiedy, już u dołu górki, gdy za chwilę sami zaczniemy zwalniać- bardziej opłaca się pojechać trochę szybciej, niż ostro zahamować i się wydupcyć). Pod uwagę bierzemy potencjalne zakręty, gdyż skręcanie na śniegu, jadąc z górki to bardzo trudny manewr, który najlepiej wykonywać przy minimalnej prędkości. Jeżeli górka jest stroma, nawierzchnia bardzo śliska, a po drodze chodzą ludzie z psami i dziećmi- nie ma co kozakować, lepiej zejść z roweru i go na piechotę sprowadzić. Jeżeli jednak górka jest tylko „trochę” stroma i uznamy, że mamy duże (ale nie stuprocentowe) szanse na bezpieczny zjazd- warto na bok wystawić jedną, wyprostowaną nogę „do podpórki na wszelki wypadek” (ta noga i tak nie będzie nam wtedy potrzebna do kręcenia korbą) oraz tak balansować tułowiem, żeby potencjalne „krytyczne” przechylenie roweru było właśnie na stronę wystawionej nogi. Posłuży nam ona wtedy za trzeci (po kołach) punkt oparcia oraz dodatkowy hamulec. Osobną, najbardziej widowiskową i najszybszą kategorią hamowania jest tzw. „gleba kontrolowana”, o której w następnym akapicie.

„Gleba kontrolowana” – Jest to nagłe wyhamowanie przy pomocy przewrócenia się na bok, można uskuteczniać to również latem. „Gleba kontrolowana” może być przydatna, gdy nagle coś nam nagle wyskoczy z boku w bardzo bliskiej odległości (pies, dziecko, samochód) i instynktownie odczujemy, że na 100% czeka nas kolizja (nie mamy szansy ani zahamować, ani ominąć przeszkody). Wtedy nie pozostaje nam nic innego, jak „gleba kontrolowana”, czyli specjalne przewrócenie się na bok. Wszystko musi dziać się błyskawicznie i instynktownie. W ciągu ułamka sekundy musimy zorientować się, że nic lepszego nam nie pozostaje oraz wysondować teren upadku (sprawdzić, czy nie ma tam jakichś ostrych przedmiotów) oraz przeprowadzić „skok tygrysa” (najlepiej w jakąś miękką górę puszystego śniegu). Kierownicę należy trzymać cały czas mocno, najlepiej „zawijając” ją w stronę przeciwną do (dotychczasowego) kierunku jazdy. Nikomu nie życzę sytuacji, w których będzie to konieczne, ale różnie bywa. Mi osobiście raz się zdarzyło zrobić „glebę kontrolowaną” i być może w ten sposób uratowałem życie nieogarniętemu dziecku, które nagle, z dużą prędkością wyskoczyło prostopadle z krzaków na drogę rowerową. Na filmiku powyżej przykład na zbiorową „glebę kontrolowaną” wśród bardzo doświadczonych na śniegu rowerzystów.

Inni uczestnicy ruchu – O bezpieczeństwo w tym aspekcie trzeba dbać przez cały rok, ale zimą szczególnie, gdyż nasze możliwości manewrowe (skręcanie, hamowanie) są na śniegu ograniczone do minimum. Na domiar złego- przy dużej ilości śniegu mamy mniej miejsca, niż latem, bo ludzie wydeptują raczej wąskie „ścieżki”, a śnieg często odgarniany jest na brzeg jezdni/chodnika (a nie poza). Dlatego- gdy widzimy, że z przeciwka ktoś idzie, lub (rzadko, ale jednak) jedzie rowerem- należy jak najwcześniej „ustawić” się na swoim „torze” i w miarę możliwości złapać z tą osobą kontakt wzrokowy, aby już wcześniej było wiadomo, którą stroną będziemy się mijać. Zostawianie decyzji manewru na ostatni moment często na śniegu kończy się kraksą, o którą w 99% przypadków obwiniony będzie rowerzysta.

Uprawnienia – Art. 33. o ruchu drogowym, punkt 5, podpunkt 3 brzmi: „Korzystanie z chodnika lub drogi dla pieszych przez kierującego rowerem jest dozwolone wyjątkowo, gdy warunki pogodowe zagrażają bezpieczeństwu rowerzysty na jezdni (śnieg, silny wiatr, ulewa, gołoledź, gęsta mgła)„. Czyli w śnieżnych warunkach możemy „legalnie” jechać chodnikiem (ustępując pierwszeństwa pieszym) i nie możemy dostać za to mandatu.

Sprzęt – wiadomo, robi różnicę, tu jednak odsyłam na specjalistyczne strony. Ja osobiście jeżdżę po śniegu na kilkuletnim rowerze za 1600zł i nie mam żadnego specjalnego osprzętu na zimę. Opony i wszystko inne mam te same, co latem. Da się, choć niektórzy ludzie (zwłaszcza handlarze i pozerscy gadżeciarze) będą twierdzili inaczej.

Sól drogowa – Omijać szerokim łukiem. Niestety, nawet, gdy za wszelką cenę będziemy chcieli jej uniknąć, to i tak w końcu się z nią spotkamy (zwłaszcza w miastach). Jest to trucizna, zabójczo działająca na nasz rower oraz odzież. Jej głównym (jedynym?) zadaniem jest zwiększenie temperatury topnienia wody, więc sól na ogół występuje w parze z wodą w stanie ciekłym. Należy soli unikać za wszelką cenę i jeżeli już trzeba po niej jechać, to prostopadle (przejeżdżając na drugą stronę jezdni), a nigdy wzdłuż.

Czas i miejsce jazdy – Zalecane są raczej krótkie przejażdżki „dookoła komina”, zwłaszcza gdy temperatury są bardzo niskie. Ludzki organizm nie jest przystosowany do długotrwałego wysiłku na dużym mrozie, a jazda rowerem po śniegu jest bardzo wyczerpująca i „energochłonna”. Przy temperaturze minus 10 stopni i niższej- najlepiej nie przekraczać 90 minut jazdy. W tym czasie możemy przeprowadzić bardzo dobry trening, a dłuższe wyprawy lepiej zostawić sobie na lato. Nie warto robić sobie żadnych przerw (poza króciutkimi na napicie się czegoś), ani tym bardziej długich pikników, lepiej zrobić co trzeba i odpocząć po powrocie do domu. Robienie długiej przerwy w momencie, gdy jesteśmy rozgrzani i spoceni na dużym mrozie szybko doprowadzi do hipotermii, która jest bardzo niekorzystna dla organizmu. Jeżeli już musimy odpocząć i zatrzymać się na dłużej, to najlepiej wejść do jakiegoś ciepłego budynku. Trasę najlepiej zaplanować w miarę blisko domu i cywilizacji, aby nie zostać z ręką w nocniku w przypadku, gdy sprzęt rowerowy ulegnie awarii, albo co gorsza- przewrócimy się i doznamy kontuzji.


Przygotowanie do wyjścia na rower w śniegu

Przede wszystkim, jak to przed każdym treningiem- należy porządnie zjeść, aby mieć energię. Można spuścić trochę powietrza z dętek, aby uzyskać lepszą przyczepność (dużych prędkości i tak na śniegu nie będziemy rozwijać, więc rekordy kilometrowe i tak nie padną). Warto zrobić sobie herbatę z miodem i cytryną, albo jakikolwiek ciepły napój do termosu. Zwykła woda w zwykłym bidonie bardzo szybko się chłodzi, więc przy kilkunastostopniowym mrozie smakuje ona kiepsko i można się od niej przeziębić. Jak pisałem wyżej- przejażdżki zimowe powinny być intensywne, ale krótkie i najlepiej bez robienia przerw, więc raczej nie ma sensu brać niczego do jedzenia. Warto też przed wyjściem zaplanować sobie trasę i nie „improwizować”.

Jak się ubrać? Najważniejsze to zabezpieczyć miejsca, przez które uchodzi najwięcej ciepła, czyli głowa, dłonie i stopy. Przyda się gruba czapka, która koniecznie powinna dobrze przylegać do uszu (w żadnym wypadku nie ubieramy czapki, która odsłania uszy!) Odkryte elementy twarzy warto natrzeć tłustym kremem, może być zwykła „Nivea”- wówczas będziemy tracić mniej ciepła, a skóra będzie bardziej zabezpieczona przed niską temperaturą. Rękawiczki oczywiście ciepłe, mogą być z polaru, albo specjalistyczne górskie, na pewno nie mogą być to „szmaciaki” ze sklepu „Wszystko za 4zł”. Do tego 2 pary skarpet. Buty na pewno nie Adisasy, ani biegówki, zwłaszcza jeżeli śniegu jest dużo. Najlepiej ubrać po prostu buty grube, zimowe, górskie. Mogą być nawet „Relaksy”. Jeżeli chodzi o kurtkę i bluzę to nie należy przesadzać, bo korpus i pachy to „obieg zamknięty” i tam raczej zimno nam nie będzie, a jeżeli zbyt grubo się ubierzemy to niepotrzebnie się spocimy. Do tego grube spodnie, kalesony. Jeżeli ktoś ma stuptuty to przy dużej warstwie śniegu nie zaszkodzi je wykorzystać, bo pedałując- dolna noga będzie nam często wchodziła w śnieg.


Czynności wykonywane po powrocie do domu

Gdy już zjedziemy do bazy- warto zadbać o kilka detali. Przede wszystkim nasz rower będzie cały ze śniegu i będzie kapać z niego woda, więc lepiej nie wprowadzać go na dywan i panele drewniane, a pozostawić go na kwadrans na korytarzu czy klatce schodowej, aby trochę się przesuszył. W międzyczasie możemy się umyć i coś zjeść.

Gdy rower jest już względnie suchy- dobrą praktyką jest wyczyszczenie go, przepsikanie preparatami konserwującymi i na koniec nasmarowanie elementów mechanicznych ruchomych (przede wszystkim łańcucha). Jazda po śniegu błyskawicznie usuwa smar, do tego sól drogowa (której raczej nie unikniemy) jest zabójcza dla metali. Warto te podstawowe czynności wykonać po każdej przejażdżce, bo w przeciwnym razie po kilku śnieżnych przejażdżkach będziemy mieli łańcuch do wymiany.

Jak po każdym treningu- warto poświęcić kilka minut, aby się porozciągać lub porolować, co pozwoli nam na zwiększenie zakresu ruchu stawów i ogólnej mobilności.


Podsumowanie

Podsumowując ten specjalistyczny i naukowy tekst- jazda rowerem po śniegu to doskonały i wszechstronny trening, który podtrzymuje nasz organizm w aktywności w czasie „martwego”, zimowego sezonu. Rower na śniegu daje dużą frajdę i nie należy przejmować się ludźmi, którzy się krzywo patrzą. Przestrzegając pewnych zasad i procedur jesteśmy w stanie zminimalizować ryzyko zaliczenia „gleby” oraz zużycia się sprzętu. Gorąco wszystkim polecam! Aktualnie za moim oknem jest 15 stopni mrozu i około 30cm świeżego śniegu, aż mnie ręka świerzbi, żeby sobie zaraz pójść pojeździć 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.