Tajlandia – Informacje Praktyczne
Zapraszam na garść porad dla osób, które interesują się wyjazdem do Tajlandii. Nasz poradnik (w przeciwieństwie do większości innych poradników) zawiera dużo treści, bez niepotrzebnej atencji i „lania wody” oraz pisania o perypetiach życiowych autora i jego rodziny. Przeczytasz m.in. o zwyczajach, buddyzmie, używkach, architekturze, pogodzie, lotach, walucie i płatnościach, internecie, komunikacji miejskiej i indywidualnej oraz jedzeniu. Zapraszam do lektury!
Tajskie zwyczaje

Na początek kilka zdań o zwyczajach wśród Tajów. Są oni bardzo przyjaźni wobec białych turystów, niestety bardzo często mylą nas z Rosjanami (niekiedy chcąc się przypodobać mówią, że bardzo lubią Rosję). Zawsze chętnie pomogą, gdy poprosimy o pomoc, co wpisane jest w ich religię- Buddyzm, która polega na wykonywaniu dobrych uczynków, aby nimi „anulować” popełnione grzechy. Niestety, trudno się z Tajami dogadać, bo rzadko kiedy potrafią mówić oni po angielsku (a nawet, gdy teoretycznie potrafią, to słabo i z dziwnym akcentem). Dobrą angielszczyzną dysponują jedynie pracownicy drogich hoteli i luksusowych obiektów turystycznych (np. centrów nurkowania czy aquaparków). Natomiast w sklepach, taksówkach, salonach masażu czy na ulicy po angielsku się po prostu z nimi nie dogadamy, nie licząc podstawowych zwrotów i pomagania sobie językiem migowym. Warto więc wyposażyć się w jakiegoś polsko-tajskiego translatora w telefonie. Podejście Tajów do Angielskiego idealnie oddają poniższe fotografie, gdzie nawet na billboardach, znakach i bannerach potrafią oni zrobić literówkę i jest to spotykane na każdym kroku (na obrazku: food scrab zamiast foot scrub, frech zamiast fresh czy changroom zamiast changeroom).

Tajowie bardzo głęboko odbierają tzw. 'gest wai’, czyli gest składanych rąk na wysokości brody. Warto sobie go wcześniej przećwiczyć przed lustrem, bo „jakość” wykonywania gestu też ma znaczenie. Gestem tym można się zarówno przywitać, pozdrowić, jak i dać do zrozumienia, że nie jesteśmy czymś zainteresowani (np. wobec ladyboyów czy nachalnych handlarzy gest wai ma znacznie większą skuteczność, niż klasyczna odmowa). Gest nie działa na ludzi pochodzenia arabskiego czy afrykańskiego, których w handlu i usługach nie brakuje. Czego NIE lubią Tajowie? Przede wszystkim krzyczenia. Trzeba z nimi rozmawiać „na spokojnie” i nigdy nie podnosić głosu, bo wtedy zaczną panikować i traktować nas jak powietrze. Ponadto nie lubią, gdy używamy stóp do innych czynności, niż chodzenie, ogólnie stopy są dla nich „nieczyste”. Np. wskazanie czegoś stopą jest wielkim nietaktem (nawet, gdy wskazywany obiekt leży na ziemi), podobnie szokujące położenie stóp na stole (wyjątkiem są salony masażu). W Tajlandii dwie „instytucje” są świętością i przenigdy nie można ich obrażać, są to Budda i król. Za ich obrazę można trafić nawet do więzienia. Budda cieszy się ogromnym szacunkiem społecznym, więc jakiekolwiek kpiny z niego mogą skończyć się marnie (zresztą chyba wszędzie, poza krajami chrześcijańskimi jest podobnie, dlatego biała lewica obraża jedynie chrześcijan). Jeśli chodzi o króla, to zdania ne jego temat są wśród Tajów podzielone (tym bardziej, że obecny król to ekscentryk, który nawet nie mieszka w Tajlandii), ale jego 'majestat’ umocowany jest prawnie i publicznie obrażać go po prostu nie wolno, bo policja ma obowiązek reagować w każdym takim przypadku. Wizerunek króla obecny jest na wszystkich banknotach i można zauważyć, że Tajowie gdy w sklepach czy straganach przyjmują/wydają gotówkę to zawsze tak, aby król był u góry, często też banknot trzymają staranni i obiema rękami. Tajowie nie przepadają za pijaństwem i kozakowaniem na mieście pod wpływem alkoholu (sami rzadko piją i mają 'słabe głowy’), zresztą alkohol w Tajlandii jest stosunkowo drogi i zdecydowanie nie jest to kierunek dla alkoholików (urżnąć się w trupa można i w Polsce, wyjdzie znacznie taniej). W Tajlandii występuje dosyć duży rasizm, ale jako Polacy- jesteśmy w uprzywilejowanej pozycji, bo im bielsza skóra, tym wyższy status społeczny. Tajowie, którzy dużo pracują na słońcu (budowlańcy, rolnicy czy tuk-tukarze) często owijają całe głowy materiałem (jak ninja) aby nie opalić się zbytnio. Khmerzy i inni imigranci o ciemniejszej karnacji traktowani są gorzej i wykonują na ogół mniej płatne zawody.
Ogólnie, Tajlandia jest miejscem bardzo przyjaznym i bezpiecznym, o ile przestrzega się lokalnych zwyczajów oraz podstawowych zasad zdrowego rozsądku. Jeżeli coś nam tam grozi, to paradoksalnie ze strony „stróżów prawa”, którzy są słabo opłacani i często skorumpowani oraz nastawieni na łapówki (w Tajlandii jest osobna formacja mundurowa: policja turystyczna, która zajmuje się tylko turystami zagranicznymi). Jednakże zachowując się porządnie i nie dając pretekstów- policja nic nam nie zrobi i będzie pomocna.
Używki

Jeżeli już wspomniałem o tajskiej policji to akapit należy się używkom. Niestety, w wielu przypadkach tajskie prawo jest „za, a nawet przeciw” i nie ma jasnych wytycznych, przez co policja interpretuje je tak, jak chce (czyli tak, żeby dostać 'w łapę’). Alkohol jest legalny, jednak w niektórych miastach występuje czasowa prohibicja, zazwyczaj w sklepach i supermarketach alkohol można wtedy kupić w godzinach 11-14 i 17-24. W barach i hotelach zakazu tego nie ma, więc alkohol można tam kupić o dowolnej porze. Niekiedy też (np. podczas wyborów, albo w żałobie narodowej) zarządzana jest czasowa prohibicja w całym kraju (aczkolwiek w lepszych hotelach zazwyczaj i tak nie jest przestrzegana). Spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest teoretycznie dozwolone, ale istnieje długa lista miejsc, w pobliżu których nie można pić (np. świątynie, szkoły, parki, stacje benzynowe, komunikacja miejska czy instytucje państwowe). W praktyce, jeżeli ktoś koniecznie musi pić alkohol poza restauracją czy hotelem- warto nieco się z tym „przyczaić” i nie robić tego ostentacyjnie, nie zaszkodzi owinąć butelki w jakąś torbę, aby nie było widać etykiety. W Tajlandii popularne są ozdobne, miękkie „koszyczki” z tworzywa sztucznego, w które można wsadzić butelkę lub puszkę, wtedy nie widać, co pijemy, a dodatkowo płynna zawartość wolniej się nagrzewa. Upijanie się w miejscu publicznym jest ogólnie złym pomysłem, nie tylko w Tajlandii. Można dostać wtedy w łeb, zostać okradzionym, albo wylądować na komisariacie. Papierosy elektroniczne są w Tajlandii surowo zabronione, rząd argumentuje to tym, że w liquidach można przemycać rozpuszczone, twarde narkotyki. Jednakże gdzieniegdzie da się e-papierosy w Tajlandii kupić, oczywiście na ulicy, nieoficjalnie. Biorąc je z Polski- na lotnisku (raczej) ich nie wykryją. Jeżeli ktoś musi je palić w Tajlandii to niech robi to w hotelu, albo gdzieś w zaciszu, upewniając się, że nikt nie widzi. Z marihuaną w Tajlandii sprawa jest dosyć dziwna. Przed 2025 rokiem była legalna, od roku 2025 dostępna jest niby tylko na receptę, ale na turystycznych tajskich ulicach mnóstwo jest czegoś w rodzaju coffee shopów, na wzór tych z Holandii. Sporo jest też ulicznych „mobilnych” sprzedawców zioła, brylują w tym osoby czarnoskóre. Kupić więc można łatwo, ale palić najlepiej też gdzieś w odosobnieniu, bo można dostać grzywnę. Rzadkością jest zresztą zapach palonej trawki na ulicy, choć zdarza się niekiedy go poczuć (ale znacznie rzadziej, niż np. w Londynie). Twardsze narkotyki (amfetamina, kokaina, LSD, extasy, heroina i inne opioidy) są w Tajlandii nielegalne i samo posiadanie jest surowo karane, tak samo, jak w Polsce. Legalne w Tajlandii są z kolei różne specyfiki medyczne, jak testosteron, viagra czy silne środki przeciwbólowe- można je kupić normalnie w aptece, bez recepty. Uliczni handlarze też je sprzedają, ale wtedy nie ma pewności, co to naprawdę jest.
Pogoda i loty

Bliskość równika powoduje, że w Tajlandii nie ma (znanych z Polski) zróżnicowanych pór roku- przez cały czas jest tam ciepło, wręcz gorąco. Latem jest tylko nieznacznie cieplej, niż „zimą”, konkretnie w każdym miesiącu średnia temperatura w ciągu dnia to 32-35 stopni, a w nocy 23-26 stopni, więc amplitudy pomiędzy „porami roku” są minimalne. Nieco inaczej wygląda to pod względem opadów. W „zimę” (od listopada do lutego) pogoda zazwyczaj jest ładna i sucha, z kolei w lato trwa okres mokry, kiedy nie brakuje intensywnych opadów oraz burz z piorunami. Wilgotność powietrza też jest wtedy oczywiście wyższa, co wpływa na temperaturę odczuwalną, „ciężkość” powietrza i ogólne samopoczucie. Nie jest regułą, że przez całe tajskie lato pada, a całą zimę jest sucho, ale statystycznie szanse na to są znacznie większe. Najbardziej akceptowalna pogoda w Tajlandii występuje więc w „zimę” i wtedy najbardziej komfortowo jest tam polecieć (przy okazji uciekamy z ciemnej, smutnej i chłodnej Polski). Oczywiście zimą zarówno hotele, jak i ceny biletów lotniczych do Tajlandii są wyższe, niż latem (statystycznie, bo można znaleźć okazje).
Jeśli chodzi o przeloty do Tajlandii to niestety jest to podstawowy problem, bo kraj ten położony jest bardzo daleko od Polski (dystans to około 8500 kilometrów), przez co ceny biletów lotniczych są wysokie i stanowią lwią część całego budżetu na wyprawę. Gdy już się doleci na miejsce, to potem jest już stosunkowo tanio, więc najkorzystniej planować dłuższe wizyty w Tajlandii, minimum 2 tygodnie, aby koszt biletu na samolot i czas przelotu (około 8-10 godzin w jedną stronę + odprawy i dojazdy na/z lotnisko) nie zjadł nam dużego procenta wydatków i wolnego czasu. Aby w ogóle być wpuszczonym do Tajlandii należy mieć ważny paszport i elektroniczną kartę wjazdową, którą zdobywa się bezpłatnie poprzez wypełnienie odpowiedniego formularza (TDAC) w internecie. W formularzu należy podać m.in. adres hotelu w którym się zatrzymamy, należy niby mieć też trochę gotówki, aczkolwiek nie jest to jakoś sumiennie sprawdzane. Trzeba natomiast mieć wykupiony bilet powrotny.
Siatka połączeń lotniczych bezpośrednio z Polski do Tajlandii jest niestety niewielka, głównie jest to połączenie z Warszawy do Bangkoku (w przyszłości liczba połączeń pewnie będzie się rozrastała). Niektóre biura podróży (np. Itaka czy Rainbow) wysyłają do Tajlandii bezpośrednie samoloty czarterowe, których nie ma w oficjalnych rozkładach (np. z Pyrzowic do Bangkoku z biura Rainbow). Niekiedy sprzedają oni wolne miejsca w tych samolotach, jeżeli nie sprzedano wszystkich turnusów i zostały im jakieś wolne miejsca. Zresztą na pierwszy raz najlepiej polecieć z biurem, bo o nic nie trzeba się martwić, a nie wychodzi to wiele drożej, niż na własną rękę. Lot bezpośredni trwa 8-10 godzin (w drodze powrotnej jest nieco dłuższy z uwagi na wiatry). Bardzo popularne wśród Polaków są loty z przesiadkami (np. w Niemczech czy Dubaju), jest wiele wyszukiwarek, które automatycznie planują taką trasę, często jest to korzystne cenowo, ale niestety ryzykowne (opóźnienia) i znacząco wydłużające całą podróż. Są osoby, które za 1000zł tańszy bilet fundują sobie 1-2 przesiadki, przez co czas podróży wydłuża się znacznie, a cały pierwszy dzień w Tajlandii odsypiają, co według mnie jest bez sensu, ale niech każdy robi to, co uważa za słuszne.
Waluta i płatności

Tajowie kochają gotówkę, a okazje do płatności kartą są dosyć rzadkie. Większość punktów usługowo-handlowych (zwłaszcza mniejszych, np. streetfoody czy stragany targowe) nie posiada terminala płatniczego, a te które go posiadają (np. sklepy Seven Eleven) najczęściej określają minimalną kwotę transakcji, która jest dość wysoka (za drobiazgi i tak trzeba zapłacić gotówką, pomimo terminala na wyposażeniu). Innymi słowy- gotówką zapłacimy wszędzie, a kartą tylko niekiedy. Dlatego planując wyjazd do Tajlandii koniecznie musimy wyposażyć się w odpowiednią ilość gotówki, ale karta też się przyda.
Oficjalną walutą w Tajlandii są Bahty (THB). Na pewno nie opłaca się kupować ich w polskich kantorach, bo prowizje na ogół są gigantyczne (na cała Polskę są ze 2 kantory w Warszawie, gdzie nie ma tragedii, ale cała reszta polskich kantorów jest w tym przypadku nieopłacalna z powodu niskiej płynności). Znacznie taniej (pomimo podwójnego przewalutowania) wychodzi kupno dolarów amerykańskich w Polsce i zakupienie za nie bahtów już w Tajlandii (euro też można, ale dolary nieznacznie bardziej się opłacają). Kantory są tam na każdym kroku, zwłaszcza w miejscach turystycznych. W tajskich kantorach teoretycznie potrzebne jest okazanie paszportu, aczkolwiek często wystarczy zdjęcie paszportu w telefonie, albo (jak się miło uśmiechnie) to przymykają oko. Bardzo ważne jest to, że Tajowie nie lubią dolarów starych, zniszczonych i o niskich nominałach. Jeżeli w ogóle uda nam się takowe sprzedać w Tajlandii, to po znacznie niższym kursie. Dlatego przy kupnie dolarów w Polsce koniecznie trzeba poprosić o banknoty minimum 50-dolarowe, w dobrym stanie i nowe (kolorowe). Jeżeli takich nie dostaniemy to należy iść do innego kantoru.
Drugą, jeszcze lepszą opcją płatniczą są konta wielowalutowe, koniecznie z kartą płatniczą „plastikową”. W praktyce są to internetowe instytucje finansowe typu Revolut czy Zen, gdyż na moment pisania niniejszego tekstu żaden polski bank nie oferuje jeszcze subkonta w bahtach tajskich (choć w przyszłości to się pewnie zmieni). W Revolucie możemy zakupić bahty za PLN po bardzo dobrym kursie, omijając przewalutowanie na dolara. Karta „plastikowa” jest niezbędna, gdyż tylko z nią będziemy mogli wypłacić tajską gotówkę z bankomatu (niemożliwa jest wypłata z tajskiego bankomatu telefonem-NFC, czy BLIKiem).
Dwie ważne rady na temat wypłat z tajskich bankomatów: Po pierwsze trzeba uważać, żeby… nie zapomnieć zabrać karty, co niestety zdarza się bardzo często. Jest tak dlatego, że w Tajlandii bankomat najpierw wydaje gotówkę, a dopiero później kartę. Z kolei w Polsce i krajach ościennych jest odwrotnie, tzn. najpierw zabieramy kartę, a na koniec gotówkę. Skutkuje to przyzwyczajeniem, iż po zabraniu gotówki możemy już odejść od maszyny (jeżeli tak zrobimy w Tajlandii to karta zostanie w bankomacie i albo ktoś ją ukradnie, albo po kilku minutach zostanie wciągnięta przez maszynę i odzyskanie jej będzie niemal niemożliwe). Druga rzecz to prowizja za wypłatę gotówki z bankomatu. We wszystkich maszynach jest ona podobna (około 250 THB), niezależnie od wypłacanej kwoty. Dlatego najbardziej opłaca się wypłacać duże sumy, aby zminimalizować udział prowizji. Każdy bankomat posiada maksymalny limit wypłaty na jedną transakcję, najczęściej jest to około 20-40 tysięcy bahtów. Niestety sporo jest bankomatów-pułapek (zwłaszcza w hotelach czy miejscach typowo turystycznych), gdzie limity te są znacznie niższe (np. 5000 bahtów) i takich bankomatów należy unikać.
W miejscach turystycznych, gdzie płacimy wyższe sumy, liczone w tysiącach bahtów (np. nurkowanie, skutery wodne, sanktuaria słoni itp.) bardzo często da się zapłacić kartą/telefonem i wtedy najlepiej właśnie tak zrobić, bo w razie czego zawsze mamy jakiś ślad transakcji na potencjalną reklamację.
Internet w Tajlandii

W Tajlandii internet mobilny działa bardzo dobrze i szybko, a siecią komórkową pokryty jest niemal cały kraj (miejsca turystyczne w 100%). Ceny internetu mobilnego są nieznacznie wyższe niż w Polsce (aczkolwiek należy mieć na uwadze, że u nas ceny są bardzo niskie, nawet w porównaniu z sąsiadami jak Czechy czy Niemcy). Rynek internetu w Tajlandii jest uwolniony i panuje na nim duża konkurencja, a operatorów jest mnóstwo, są też liczne promocje czasowe. Przy kupnie fizycznej karty SIM w Tajlandii potrzebny będzie paszport. Jeżeli komuś zależy na wygodzie to godną polecenia opcją jest True Mobile, który jest wiodącym i bezawaryjnym operatorem w Tajlandii. Mają oni w ofercie turystyczne karty SIM na 8, 15, czy 30 dni bez limitu gigabajtów, koszt to kilka złotych za dzień. Kartę SIM z True możemy kupić w niemal każdym Seven Eleven. Co ważne- kartę True wystarczy wsadzić do gniazda telefonu i będzie od razu działać, nie trzeba zakładać żadnych kont czy logować się, jak u większości innych operatorów. Oczywiście, jeżeli mamy dwie karty w telefonie (polską i tajską)- należy ustawić w opcjach telefonu, aby internet był pobierany z karty tajskiej, a z polskiej tylko połączenia i wiadomości. Inną opcją są e-SIMy, które możemy zorganizować sobie jeszcze przed wyjazdem do Tajlandii. Ich oferta jest bardzo szeroka i jeżeli komuś zależy na cięciu kosztów to najlepiej sprawdzić rynek przed wylotem pod kątem cen i promocji.
Telefoniczne połączenia „zwykłe” z Tajlandii do Polski (i w drugą stronę) są bardzo drogie i najlepiej ich unikać, zamiast tego używając komunikatorów internetowych jak Skype, Messenger czy WhatsApp.
Jeżeli podróżujemy w kilka osób to można kupić jedną kartę SIM do internetu i udostępniać go reszcie przyjaciół przy pomocy hot-spota. Oszczędzamy w ten sposób pieniądze, ale ma to dwa minusy- internet działa tylko w niewielkim promieniu od telefonu „nadawczego”, a sam aparat „nadawczy” w trybie hot-spota zjada zwiększoną ilość energii (baterii), więc nie zaszkodzi posiłkować się power-bankiem. W hotelach i restauracjach najczęściej działa bezpłatny internet WiFi.
Komunikacja miejska i międzymiastowa

Komunikacja miejska w Tajlandii rozwinięta jest jedynie w Bangkoku, gdzie istnieje gęsta sieć metra, autobusów, a nawet tzw. skytrain, czyli nowoczesna kolej estakadowa. Ceny biletów są relatywnie niskie, a te na autobusy miejskie zakrawają o groteskę (podobnie stan techniczny autobusów, z drewnianą podłogą i klimatyzacją typu 'zimny łokieć’). W pozostałych miejscowościach Tajlandii jest z tym gorzej (komunikacji miejskiej albo brak, albo jest tylko jakiś zalążek) i wówczas trzeba postawić na drogowy transport indywidualny.
Kultura drogowa w Tajlandii nie odbiega od innych krajów regionu Indochin i daleko jej do europejskich standardów. W Bangkoku jest jeszcze jako-tako, ale w innych regionach na ulicach panuje „dziki zachód”. Normą jest widok 2 osób + dziecko na jednym skuterze, wszyscy bez kasku. Światła na skrzyżowaniach są „umowne”, a wszystko odbywa się 'na wyczucie’, zgodnie z prawem dżungli. Przez jezdnię można przechodzić na czerwonym świetle (na własną odpowiedzialność), z drugiej strony- przechodzenie na zielonym wcale nie gwarantuje bezpieczeństwa i trzeba zawsze mieć „oczy dookoła głowy”. Na domiar złego ruch jest lewostronny. Tajska sieć drogowa opiera się na następującym schemacie. Miejskie drogi „główne” mają najczęściej po 3 pasy ruchu w każdą stronę, niekiedy jezdnie są oddzielone pasem zieleni. Skrzyżowania (oczywiście kolizyjne) z innymi drogami głównymi są z sygnalizacją świetlną. Często w centrach miast występują 3 pasmowe drogi jednokierunkowe, tworzące „ringi” z równoległymi, podobnymi trasami w drugą stronę. Drogi lokalne to klasyczna 1 jednia o dwóch pasach ruchu, sporo jest też jednokierunkowych, bardzo wąskich uliczek bez chodników.
Najszybszym środkiem lokomocji w tajskich miastach jest skuter, bo ulice w ciągu dnia zazwyczaj są zakorkowane. Mnóstwo jest skuterowych „taksówek”- są najtańsze i najszybsze, niestety poziom bezpieczeństwa jest wątpliwy (kierowca naprzemiennie przyspiesza i ostro hamuje, robi też slalom między samochodami, a o otrzymaniu kasku możemy pomarzyć). Sporo jest wypożyczalni skuterów, ale tu trzeba uważać na 3 rzeczy. Po pierwsze- trzeba mieć międzynarodowe prawo jazdy kategorii „A” (polskie nie wystarczy), inaczej czeka nas grzywna od policji (która bardzo chętnie kontroluje białych turystów). Co ciekawe- po opłaceniu grzywny (na miejscu, gotówką) do końca dnia możemy już „legalnie” jeździć bez prawka na podstawie otrzymanego dowodu zapłaty. Po drugie- podczas wypożyczania skutera trzeba albo zapłacić kaucję, albo w zastaw dać paszport. Koniecznie wtedy należy nagrać filmik, albo zrobić zdjęcia wypożyczanego skutera (tyczy się to też samochodów, skuterów wodnych i wszelkich wypożyczanych pojazdów mechanicznych), bo wiele wypożyczalni próbuje przy zwrocie wymuszać zatrzymanie kaucji za rzekome uszkodzenia pojazdu (które były już wcześniej). Zresztą poza Tajlandią (nawet w Europie południowej) proceder ten jest często spotykany. Po trzecie i najważniejsze- jeżeli ktoś decyduje się na jeżdżenie skuterem po Tajlandii (zwłaszcza po centrach miast)- musi mieć duże doświadczenie. Nie wystarczy sama umiejętność jazdy, bo tajskie ulice to chaos i stan umysłu. Jeżeli ktoś nie ma dużego doświadczenia w prowadzeniu jednośladu- dla swojego dobra niech nie jeździ po Tajlandii skuterem.

Stosunkowo tanio wychodzą „miejskie” taksówki, pod warunkiem że kierowca włączy taksometr. Niestety, widząc białych turystów- raczej nigdy tego z własnej woli nie zrobi, a gdy go o to poprosimy to też bywa różnie (jeżeli delikwent nie chce włączyć taksometru, a w pobliżu są inne taksówki to należy to wykorzystać, ewentualnie obiecać to co na taksometrze plus stówę do ręki). Ogólnie kierowcy to jedni z największych kombinatorów w Tajlandii. Prawie zawsze chcą przyrobić coś na boku, nierzadko oszukać. Trzeba im od razu dać do zrozumienia, że nie jesteśmy w ciemię bici i nie pozwolimy się traktować, jak frajerzy, a zejdą z ceny nawet o 70%. Obowiązkową zasadą przy wsiadaniu do taksówki jest albo taksometr, albo negocjacja ceny końcowej już przed startem. Nigdy nie można robić tak, że wsiadamy do taksówki zarówno bez taksometru, jak i ustalenia konkretnej opłaty za kurs, bo wtedy kierowca po dojechaniu na miejsce będzie chciał nas wydymać, rzucając cenę 'z kosmosu’.
W Tajlandii działają aplikacje taksówkowe: Uber, Bolt i lokalny Grab. Ich ceny są różne, w zależności od miasta, pory dnia i obłożenia. Najdrożej jest oczywiście w nocy, w weekend i w dużych miastach, ale przeciętnie ceny są podobne, co zwykłych taksówek. Niestety, ich kierowcy lubią ugrać coś na boku i często w aplikacji wysyłają dziwne zapytania (np. gdy zamawiamy kurs do aquaparku czy muzeum to na 90% kierowca wyśle zapytanie, czy mamy już kupiony bilet wstępu, bo on może załatwić go taniej, a jeżeli mamy kupiony to kierowca anuluje kurs).
W większych miastach popularne jest coś w rodzaju marszrutki, znanej z krajów byłego ZSRR. Są to półotwarte pick-upy z kanapami na około 10 pasażerów, które teoretycznie poruszają się po stałej trasie, ale „przystanki” są na żądanie. Można wyjść lub wejść w dowolnym miejscu (machamy ręką z ulicy, gdy chcemy pojechać, albo dzwonimy dzwoneczkiem w środku pojazdu, gdy chcemy wyjść). Przekonanie kierowcy do zmiany kursu (tzw. lewizna) jest banalnie proste, kwestia ceny i negocjacji. Ten rodzaj transportu jest stosunkowo tani, jeżeli podróżujemy większą grupą (przy 3-4 osobach ze zmianą trasy wychodzi nawet taniej, niż taksówka, a bez zmiany trasy to już w ogóle grosze). Sam uczestniczyłem w historii, gdy zatrzymaliśmy taki pojazd na środku ulicy i spytaliśmy o cenę kursu do obiektu, położonego 40 km za miastem, kompletnie poza wyznaczoną trasą. Pani za kierownicą zaproponowała cenę (bardzo niską, bodajże 400 bahtów), zgodziliśmy się. Problem w tym, że z tyłu już wcześniej siedziało 4 Tajów, którzy chcieli jechać „normalną” trasą. Pani kierowca kazała czwórce pasażerów wyjść (wręcz wywaliła ich siłą) i poczekać na następny kurs, a my mieliśmy transport na wyłączność.
Osobną kategorią są tuk-tuki (autoriksze). W Tajlandii jest ich sporo, jednak ceny za przejazd są stosunkowo wysokie. Taniej jest pojechać skuterem lub taksówką, ale każdy, kto tego nigdy nie robił- powinien się tuk-tukiem choć raz przejechać w ramach atrakcji kulturowej. Najlepiej wybrać „stuningowane” tuk-tuki z nagłośnieniem i ozdobami, wtedy przejazd będzie niezapomniany (choć też niebezpieczny, bo o pasach bezpieczeństwa i innych zabezpieczeniach można zapomnieć). Kierowcy tuk-tuków są otwarci na współpracę, np. chętnie obwiozą nas po najciekawszych miejscach danego miasta. Niestety, podobnie jak inni kierowcy- lubią coś niekiedy przykombinować, np. wozić nas po zaprzyjaźnionych sklepach, gdzie będzie wywierana na nas presja w celu zakupu czegoś po zawyżonej cenie (z czego kierowca dostanie działkę). Aczkolwiek takich ananasów jest mniejszość. Ogólnie, tuk-tuki są najdroższe z wszystkich form komunikacji miejskiej w Tajlandii, ale jednocześnie są i tak tańsze, niż taksówki w Europie.

Pomiędzy miastami i turystycznymi wyspami kursują regularne promy (np. z Pattayi na wyspę Ko-Lan). Te „publiczne” są bardzo tanie, ale też dość powolne i zatłoczone. Płatność gotówką przy wejściu. Są też promy szybkie, ale znacznie droższe oraz możliwość wynajęcia bardzo szybkiej motorówki z pilotem (opcja najdroższa).
W Tajlandii są pociągi pasażerskie, ale ich ilość i jakość jest dość słaba (w porównaniu z naszą). Tajska sieć kolejowa jest 5-krotnie krótsza, niż w Polsce (przy dwukrotnie większej populacji). Tabor jest zazwyczaj stary i spalinowy (choć są też nowe składy), a linie jednotorowe i niezelektryfikowane. Pociągi kursują między największymi miastami (głównie z/do Bangkoku). Ceny biletów są niskie. Pociągi są jakąś opcją na podróże międzymiastowe, ale musi nam się poszczęścić, aby akurat znaleźć odpowiedni kurs na interesującej nas trasie. Większą sieć połączeń międzymiastowych oferują autobusy, ale przy kilku osobach najwygodniej wziąć taksówkę.
Jedzenie w Tajlandii

Tajskie hotele na ogół oferują albo brak wyżywienia, albo tylko śniadania, więc najczęściej w kwestiach gastronomicznych musimy radzić sobie sami. Za odpowiednią cenę w Tajlandii kupimy każdy rodzaj jedzenia, jednakże ceny poszczególnych produktów różnią się znacznie od cen w Polsce (zarówno w górę, jak i w dół). Najtańsze są artykuły wytwarzane lokalnie i popularne wśród Tajów, czyli np. ryż, owoce, kurczaki, ryby, słodycze, napoje bezalkoholowe czy przekąski słone. Ich ceny są niskie. Z drugiej strony- Tajlandia z uwagi na warunki klimatyczne nie produkuje wołowiny (poza małymi wyjątkami), więc musi ją importować (często aż z Nowej Zelandii), co znacznie podnosi cenę. Stąd za steki, sery czy produkty mleczne zapłacimy więcej, niż w Polsce. Stosunkowo drogi jest też alkohol (zwłaszcza w barach), gdyż jest to używka typowo turystyczna (sami Tajowie piją mało). Podobnie jest z kawą, zwłaszcza latte czy mrożoną- da się kupić bardzo tanio, ale w turystycznych miejscach na ogół jest zdzierstwo. Drogie bywają też lody w gałkach (zazwyczaj sprzedawane przez imigrantów pochodzenia arabskiego), ale można się targować, z kolei w sieciówkach z lodami typu Mixue można kupić je za śmiesznie niskie ceny. Ziemniaki w ogóle trudno jest kupić, a jeżeli są to drogie, z kolei w restauracjach często są źle przyrządzone (podobnie frytki, które najczęściej bywają przesmażone i twarde).
Tajowie lubią stołować się na ulicy i rzadko korzystają z domowej kuchni. Dlatego straganów gastronomicznych jest mnóstwo (nawet w małych miejscowościach), a z powodu dużej konkurencji i popytu- ceny (w oczach Polaków) są bardzo niskie, a żywność (na ogół) świeża. „Najbezpieczniejsze” dla żołądka i zarazem tanie potrawy, które można kupić na straganach ulicznych to szaszłyki z kurczaka, ryż, napoje ze zmielonych owoców i kokosy. Artykuły te są kilkukrotnie tańsze, niż w Polsce. Jeżeli komuś zależy na oszczędnościach- może oprzeć na tym swoją dietę. Z napojami owocowymi (mango, awokado, ananas, cytrusy i inne) należy zwrócić uwagę, aby sprzedawca nie dodał do nich cukru, albo co gorsza- syropu glukozowo-fruktozowego, co niestety jest w Tajlandii notoryczne. Owoce same w sobie są wystarczająco słodkie i dodatki słodzące są według mnie bez sensu, a przy okazji są niezdrowe, jednak z niewiadomych przyczyn tajscy sprzedawcy stosują je prawie zawsze. Najlepiej przy kupnie shake’ów owocowych mówić sprzedawcy „no sugar”. Z kolei przy kupnie kokosa warto zwrócić uwagę, aby górny obszar wokół ściętej końcówki był jak najbardziej biały. Świadczy to o tym, że obcinana była niedawno. Jeżeli ten element jest pożółkły to oznacza, że kokos odcinany był już jakiś czas temu i wtedy najlepiej poszukać świeższego gdzieś indziej.
Typowo turystyczne, bardzo popularne wśród Polaków są desery 'mango sticky rise’. Są one smaczne, ale często bywają dosyć drogie, niektórzy naciągacze sprzedają je nawet powyżej 200 THB. Ich cena rynkowa to znacznie poniżej 70 THB i po rekonesansie po okolicy da się właśnie za tyle je kupić w markecie lub na ulicy w pudełku (w restauracjach oczywiście drożej). Gdy cena na ulicy jest za wysoka- nie zaszkodzi się targować. Same restauracje oferują znacznie wyższe ceny, niż stragany uliczne- cenowo bliżej im do restauracji w Polsce, a te najbardziej luksusowe są nawet droższe i często za dobry posiłek zapłacimy równowartość powyżej 150zł na osobę. Rozstrzał cenowy jest spory, da się zjeść za półdarmo, ale jeżeli ktoś chce się wykosztować to długo nie będzie musiał szukać. W Tajlandii sporo jest restauracji hinduskich, arabskich, a także najbardziej zbliżonych do kuchni polskiej- niemieckich i rosyjskich. Popularne są globalne sieciówki jak McDonalds, KFC czy Pizza Hut, ale ceny (jak na Tajlandię) są tam dość wysokie i bliżej im do tych w Polsce.

Z dystansem trzeba podchodzić do egzotycznych specjałów, jak owoce morza, duriany, czy głowy zwierząt. Nie zaszkodzi wspomagać się jakimś probiotykiem. Największe ryzyko to korzystanie z popularnych w Tajlandii restauracji z samoobsługowymi grillami stołowymi, tam najłatwiej o kłopoty żołądkowe. Wprawdzie wizyta jest kusząca, płaci się raz i można jeść do syta, wybór potraw bywa duży, jednak bez specjalistycznej wiedzy kucharskiej bardzo trudno jest to odpowiednio przyrządzić (zwłaszcza, gdy na jednym grillu miesza się wiele rodzajów pożywienia, które każde z osobna wymaga innego czasu obróbki termicznej).
Na tajskich ulicach bardzo często będziemy zaczepiani (zwłaszcza przez Hindusów), aby dać sobie zrobić garnitur na wymiar. Ich jakość jest podobna, jak w Polsce, a ceny nieco niższe. Ponadto na tajskich straganach sporo jest różnorakiej, plastikowej, niskiej jakości chińszczyzny, jednak (zwłaszcza po targowaniu się) jest ona znacznie tańsza, niż w Polsce. Tańsze są też proste ubrania typu dżinsy, obuwie czy t-shirty.
Atrakcje, kultura i architektura

Główne atrakcje Tajlandii to pogoda, przyroda i przyjaźni ludzie. Dlatego głównym celem turystów jest plażowanie i wypoczynek, także ten aktywny jak nurkowanie w rafach koralowych czy wspinaczka skalna. Najlepsze plaże są na wyspach (gdzie dostać się można tanimi promami lub wynajętymi motorówkami), gdyż plaże „miejskie” to najczęściej tłok, hałas, śmieci i mnóstwo motorówek oraz jachtów. Niektórym może spodobać się tajska kultura, ale do tego potrzebny jest bardzo dobry przewodnik (albo Polak, który tam mieszka, albo Taj, który dobrze włada jakimś językiem, który znamy). Jadąc tam samemu lub z rodziną na wczasy- trudno poznać ich kulturę, bo bariera (kulturowa i komunikacyjna) jest olbrzymia. Tajowie są mili i przyjaźni, ale „trudno dostępni” mentalnie dla ludzi z innych kultur, jeśli chodzi o głębsze relacje. Historycznie Tajlandia to spadkobierca potężnego, średniowiecznego państwa Ayutthaya (Syjamu). Jeśli chodzi o architekturę i zabytki to o gustach się nie dyskutuje, ale moim skromnym zdaniem Tajlandia nie ma wiele do zaoferowania. Mają oni trochę pałaców i świątyń buddyjskich, ale są one podobne do siebie, w stylu pagody i po którejś z kolei człowiek jest lekko znużony. Kraków czy nawet Bytom ma więcej ciekawych budynków, niż pół Tajlandii. Podobnie z posągami Buddy: jest ich mnóstwo, ale wszystkie niemal takie same (różnica to tylko stojący, siedzący, leżący itd). Paradoksalnie najciekawsze i najbardziej zaawansowane budowle to świątynie, zbudowane przez Khmerów (których to Tajowie traktują z cywilizacyjną wyższością). Budynki nowe (mniej, niż 100-letnie) to prawie w 100% kloce. Przeciętne dzielnica mieszkalna wszędzie wygląda tak samo (coś jak w UK), czyli kilkupiętrowe domy typu prostopadłościan, najczęściej oplecione gęstą siecią kabli. Po 1-2 „polskich” zimach połowa tych budynków by się zawaliła. Poza świątyniami jedynym miejscem, gdzie wielbiciel architektury nie będzie się nudził jest oczywiście Bangkok. Wprawdzie liczba ciekawych budowli na kilometr kwadratowy jest mizerna, ale wielkość miasta to wynagradza i gdzieniegdzie można nacieszyć oko. Sporo jest też wysokościowców, oryginalnym rozwiązaniem są autostrady, zbudowane na estakadach nad przeciążonymi drogami miejskimi (na dole ruch lokalny, a górą średnio i dalekobieżny). Metro oraz skytrain robią duże wrażenie nawet na Europejczykach. W Tajlandii jest kilka ciekawych aquaparków, ich główną zaletą jest to, że są otwarte, na świeżym powietrzu (w przeciwieństwie do naszych, które z powodu zimnej pogody muszą być zamknięte w budynkach). Tajlandia ma bardzo rozbudowaną sieć kanałów rzecznych, to pozostałość jeszcze z czasów średniowiecznych, gdy woda była tutaj głównym szlakiem handlowym i zaopatrzeniowym. Dzisiaj kanały wykorzystuje się głównie do turystyki (często przy kanałach można spotkać wylegujące się warany, które są w Tajlandii objęte ochroną), w kraju jest wiele „pływających targów”, które są niemałą atrakcją (niestety kupić można na nich prawie samą tandetną chińszczyznę). Jeżeli ktoś lubi to warto zajrzeć do sanktuarium słoni (koniecznie w nazwie musi być słowo 'sanktuarium’, bo w innych przybytkach słonie na ogół przebywają w podłych warunkach). Inni wolą masaże oraz tajskie życie nocne, o których napisałem osobne teksty.

Zobacz również: